Aktualności - Bielsk Podlaski
17 maja 2017 21:54

Nauczyciel z powołania

Henryk Kosieradzki zrezygnował z pracy w ministerstwie i poświęcił się nauczaniu młodzieży.

Pan Henryk Kosieradzki w listopadzie skończy 88 lat, ale wigoru pozazdrościłby mu niejeden młody człowiek. Zastaliśmy go przy przesiewaniu materiału na kompostownik. Wraz z wiosną zaczął pielęgnowanie przydomowego ogródka. Wprawdzie narzeka, że nie może już dłużej pracować przy komputerze, że czeka na dopracowanie jego monografia o bielskich drogach i mostach, ale wspominając dawne czasy zapomina o tych niedomaganiach. Ożywia się, sypie datami i faktami, niecodziennymi sytuacjami sprzed lat.

Urodził się we wsi Lachówka pod Siemiatyczami. Naukę pobierał najpierw w Krasewicach, a podstawówkę ukończył w we wsi Kłopoty-Bujny. Uczęszczał do liceum w Siemiatyczach, ale zamiast do matury przystąpił do tzw. zerówki w Łodzi, co po jej zdaniu umożliwiło mu wstęp na dowolne studia w kraju bez egzaminu.

- W Łodzi zdawało do zerówki 600 osób z całej Polski. Zdało tylko 50, w tym trzy osoby z liceum w Siemiatyczach. Z początku chciałem studiować prawo, ale jak się dowiedziałem od siostry, która była na prawie, że tam jest bardzo dużo łaciny, to wybrałem historię w Warszawie – mówi pan Henryk.

Studia w Warszawie wspomina z sentymentem, jako jeden z najpiękniejszych okresów w swoim życiu. Często bywał na sztukach teatralnych, w operze i operetce.

- Podczas gdy niektórzy studenci prowadzili hulaszczy tryb życia, to ja stypendium przeznaczałem na bilety do przybytków kultury i na kupno książek, o które wtedy nie było łatwo i trzeba było godzinami wystawać w kolejkach – opowiada pan Henryk.

Studia też w pewnym momencie zawisły na przysłowiowym włosku, gdy jeden z egzaminatorów odkrył rzeczywiste pochodzenie Henryka Kosieradzkiego. A pochodzi on ze znanego na Podlasiu w XVI-XVII w. rodu szlacheckiego.

Tacy ludzie, tuż po wojnie, często byli szykanowani. Na szczęście egzaminator był przedwojennym profesorem pochodzącym ze Lwowa i nie ścigał go za pochodzenie nie robotniczo-chłopskie. Przeciwnie, polecił mu zapoznanie się ze wzmiankami w opracowaniach naukowych dotyczących jego rodziny.

- Gdy mnie zapytał czy znam swój rodowód, to włos zjeżył się mi na głowie i ziemia się pode mną ugięła. Myślałem, że ze mną już koniec – opowiada pan Henryk.

Dyplom magisterski uzyskał jako jeden z najlepszych studentów na wydziale, chociaż pracę napisał właściwie z zakresu politechniki, bo zatytułowaną „Białostockie Towarzystwo Elektryczności”. Techniką interesował się jednak już od dzieciństwa, gdy pierwszy raz przejechał się pociągiem i chciał wtedy budować trakcje kolejowe.

- Tak czy inaczej, jako jeden z najlepszych studentów, miałem propozycję pracy w jednym z ministerstw zajmujących się szkolnictwem. Były to jeszcze czasy rządów Bieruta, bo rok 1954 – wspomina pan Henryk.

Wolał jednak pracę z młodzieżą w szkole, niż biurko na wygodnej posadce. Nie żałuje tego nawet i dzisiaj, mimo że ma skromną emeryturę. Chciał wrócić po studiach w rodzinne strony, a więc na Białostocczyznę, dzisiejsze Podlasie. Wybrał Bielsk Podlaski.

- Do siemiatyckiego liceum nie chciałem, ponieważ musiałbym wszystkim stawiać dobre stopnie, miałem tam mnóstwo znajomych - tłumaczy żartobliwie pan Henryk.

W Liceum Ogólnokształcącym z białoruskim językiem nauczania im. Bronisława Tarszkiewicza w Bielsku Podlaskim przepracował sześć lat. Pierwsze kroki jako nauczyciel stawiał pod okiem dyr. Kostycewicza, postaci, która dzisiaj jest już obrosła w legendę.

- Kostycewicz był nauczycielem i wychowawcą o niezwykłej charyzmie i autorytecie, zarówno wśród uczniów, jak i nauczycieli. Szczególną troską otaczał młodych nauczycieli, służył radą i pomocą. Pochylał się nad każdym, ale w razie potrzeby potrafił też dać reprymendę. Nikim nie pomiatał. Przez całą karierę nauczycielską starałem się brać z niego przykład – zwierza się pan Henryk.

Wielkim przeżyciem były dla niego pierwsze hospitacje z kuratorium oświaty. Po pierwszej był bliski załamania.

- Co wy Kosieradzki, chcecie zrobić uniwersytet z liceum. Tyle wiadomości, dat i faktów. Kto to spamięta? Zastanówcie się – tak napadł na mnie człowiek z kuratorium, wspomina pan Henryk.

W niedługim odstępie czasu przyjechał na hospitację inny kurator. A Henryk Kosieradzki postanowił przeprowadzić lekcję w identyczny sposób, by zrezygnować z nauczania, jeżeli opinia nowego kuratora będzie podobna.

- „Takie lekcje trzeba stawiać za wzór, a nauczyciele z całego województwa powinni tu przyjeżdżać i uczyć się” – gdy usłyszałem to po hospitacji, to utwierdziłem się, że powinienem robić swoje i nie zważać już na żadne opinie - opowiada pan Henryk.

Młodzież lubiła Kosieradzkiego, pomimo że od rocznika maturalnego był starszy zaledwie o dwa, trzy lata, uczniowie byli wtedy często przerośnięci.

- Po jednym z balów maturalnych uczniowie poprosili abym wyszedł z nimi na zewnątrz budynku. Myślałem, że sprawią mi łomot, a oni zapytali czy mogą mnie uściskać. Bardzo podobała się im moja tolerancyjność. Nigdy nie stawiałem najgorszej oceny, lecz odsyłałem do ponownego nauczenia się materiału i pytałem na następnej lekcji. Robiłem to aż do skutku. Ze swojej strony przeprosili mnie. Do dzisiaj wspominam to z sentymentem i łzą w oku – relacjonuje emerytowany nauczyciel.

Henryk Kosieradzki uczył w szkole u Kostycewicza sześć lat. Potem budował liceum pielęgniarskie w Bielsku Podlaskim i był jego pierwszym dyrektorem. Ale o tym za tydzień, w następnym wydaniu gazety.

Andrzej Salnikow, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. AS /cdn/

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

patronat

reklama

reklama

Do góry strony