Aktualności - Bielsk Podlaski
09 czerwca 2017 12:46

Nauczyciel z powołania - Liceum Pielegniarskie

Henryk Kosieradzki wybudował liceum pielęgniarskie w Bielsku Podlaskim, ale zamiast pochwały dostał grzywnę.

Po skończeniu stacjonarnych studiów historycznych na Uniwersytecie Warszawskim i następnie sześcioletniej pracy w liceum ogólnokształcącym w Bielsku, zaproponowano Henrykowi Kosieradzkiemu objęcie stanowiska dyrektora Liceum Pielęgniarskiego w tym mieście. Był to rok szkolny 1963/64. Pan Henryk miał 24 lata.

- Wykręcałem się od tej funkcji jak mogłem, bo wiedziałem, że to wielka odpowiedzialność. Zależało mi przede wszystkim na pracy z młodzieżą. Ale w tych czasach propozycja była właściwie nakazem. Poradziłem się dyr. Kostycewicza, u którego pracowałem w liceum ogólnokształcącym. Był on dla mnie wzorem pedagoga, nauczyciela i dyrektora zarazem. Usłyszałem od niego: „Będziesz przegrany, jeżeli nie skorzystasz z propozycji” – zwierza się pan Henryk.

Z kolei Przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej obwieścił mu, że po dwóch, trzech latach liceum pielęgniarskie przekształci się w szkołę medyczną. W tym czasie na terenie województwa takie szkoły były jeszcze tylko w Białymstoku i w Łomży. Była to swoista nobilitacja, wyróżnienie, ale jak się okazało, to przede wszystkim nawał pracy i obowiązków.

- Szkoła nie mieściła się w jednym budynku, lecz w wielu miejscach miasta. Dużo czasu zajmowało przemieszczanie się uczniów i nauczycieli z jednego miejsca nauczania w drugie. Jednocześnie trwała budowa samodzielnego budynku, którą od początku kierowałem i nadzorowałem – opowiada pan Henryk.

Plany zrobiono właściwie tylko na barak z czterema klasami. Gdyby na tym poprzestano, to szkoła musiałaby pracować na trzy zmiany. Tylko dzięki nieustępliwości i zdrowemu rozsądkowi pana Henryka udało się przekonać miejscowych włodarzy do konieczności rozbudowy szkoły.

- Gdy pojechałem po transport cegieł na budowę szkoły, z rozbiórki jakiegoś baraku w Białymstoku, to usłyszałem: ”Kogo mi tu przysłali – jakiegoś smarkacza zamiast dyrektora”. Przedstawiłem się, ale niewiele to pomogło. Byłem bardzo młody jak na dyrektora, a i niepozornej postury. Cegła była najgorszego sortu, a odzywki na miejscu przekonały mnie ostatecznie, że za pieniądze przeznaczone na budowę szkoły lepiej kupić nowy materiał niż płacić za wybrakowany. A była to niezła sumka na tamte czasy, bo 600 tys. zł. – wspomina pan Henryk.

Upór, wizja nowej szkoły i ambicja młodego człowieka zrobiły swoje.

- Oświadczyłem, że gruzu nie będę woził. Musi być 8-10 sal na początek, a nie 4. W czynie społecznym zrobiono więc dokumentację na cztery sale na parterze i cztery na piętrze. Ponadto ubikację, gabinet dla lekarza i dla dyrektora. Potem dobudowano drugą część budynku, m.in. bibliotekę, magazyn, szatnię, trzeba było zrobić podpiwniczenie. To ostatnie zostało zrobione w czynie społecznym przez rodziców uczniów. A przecież trzeba było także zadbać o wyposażenie gabinetów ćwiczeń do poszczególnych przedmiotów. Ciągle borykaliśmy się z brakiem pieniędzy – opowiada pan Henryk.

W tym miejscu trzeba dodać, że młody nauczyciel i zarazem dyrektor w momencie rozpoczęcia budowy szkoły był już żonaty. W dwa lata po ślubie, z małym synkiem i żoną gnieździli się w jednopokojowym mieszkaniu. Większego nie mógł otrzymać, bo przekraczał limit zarobków przy staraniu się o mieszkanie z zasobów komunalnych. Jedynym rozwiązaniem była budowa własnego domu. Miał urwanie głowy, oprócz zajęć dydaktycznych i dyrektorowania budował jednocześnie szkołę i własny dom. Co więcej, pełnił jeszcze w tym czasie inne funkcje. W latach sześćdziesiątych był ławnikiem sądowym w wydziale karnym, najmłodszym ławnikiem w mieście. Organizował też archiwum miejskie. Z kolei z prof. Doroszewskim z Polskiej Akademii Nauk pracował nad wydaniem słownika gwar z terenu Podlasia. Zbierał też po terenie eksponaty do powstającego muzeum w Bielsku. Był też instruktorem historii w powiecie bielskim i wiceprezesem Towarzystwa Wiedzy Powszechnej.

- Tak byłem zaangażowany w pracę nauczycielską oraz życie wspólnoty miejskiej i powiatu, że praktycznie nie miałem czasu dla rodziny. I co? Gdy zakończyłem po czterech latach budowę szkoły, to zamiast pochwały i nagrody dostałem grzywnę w wysokości 3 tys. zł., przy ówczesnych moich zarobkach 800 zł. Przyjechała inspekcja budowlana z Białegostoku i zarzuciła mi, że zbudowałem dużą szkołę, gdy tymczasem miałem pozwolenie tylko na budowę baraku z czterema salami – wspomina pan Henryk.

Był rozżalony na biurokratów, uniósł się honorem i złożył rezygnację z funkcji dyrektora, a grzywny nie miał zamiaru płacić. Rezygnacja nie została jednak przyjęta. Pracował następny okrągły rok i trwały ciągłe namowy aby został na swoim stanowisku. Grzywny jednak nie uchylano. Na drugi rok znów złożył wymówienie z pracy. I wtedy, widząc to wszystko, winę na siebie wziął Przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej.

- Przewodniczący oświadczył, że to on kazał mi budować tak duży gmach. A wtedy były takie przepisy, że jak prawo budowlane złamie przewodniczący PRN, to nie można go ukarać. Grzywnę natychmiast mi uchylono. Pozostał jednak we mnie uraz do biurokracji i całego mechanizmu jej działania. Nie wycofałem wymówienia z funkcji dyrektora i pozostałem do emerytury zwykłym nauczycielem w szkole, którą wybudowałem. Odszedłem na emeryturę w 2001 roku, wtedy też szkoła zakończyła swoją działalność. Obecnie budynek jest niezagospodarowany – opowiada pan Henryk.

Henryk Kosieradzki w 1980 roku obronił doktorat, a w 1987 roku wydał swoją pierwszą książkę „Bielsk Podlaski, dzieje miasta”. Ma na swoim koncie kilkanaście publikacji wydanych już na emeryturze, w tym szereg dotyczących ziemi siemiatyckiej, w której spędził dzieciństwo. Ale o tym za tydzień, w następnym wydaniu gazety.

Andrzej Salnikow, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. AS

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

reklama

Do góry strony