Aktualności - Bielsk Podlaski
17 czerwca 2017 14:01

Nauczyciel z powołania (3) - Pracowita emerytura

Kilka powieści o ziemi siemiatyckiej, w której spędził dzieciństwo, wydał na emeryturze.

Pan Henryk Kosieradzki w 1991 r., po 37 latach pracy, przeszedł na nauczycielską emeryturę. Jako historyk z wykształcenia pozostał jednak wierny swoim zainteresowaniom. Mając dużo wolnego czasu poświęcił się badaniu i opisywaniu dziejów swojej małej ojczyzny, a więc ziemi siemiatyckiej i bielskiej.

- Jak byłem nauczycielem, to nie miałem czasu, pisałem tylko krótkie artykuły do miesięcznika „Kontrasty” i do „Roczników białostockich”. Wyjątkiem była jedynie duża monografia o Bielsku Podlaskim, no i moja praca doktorancka. Pamiętam, że pierwszy artykuł miał tytuł: „50-lecie Liceum im. Tadeusza Kościuszki w Bielsku Podlaskim”. W „Kontrastach” często pisałem do rubryki „Śladem sławnych rodaków” – wspomina pan Henryk.

Aby przemycić, w atrakcyjny dla czytelnika sposób, zdarzenia jakie miały miejsce tuż przed II wojną światową, z okresu jej trwania i tuż po wojnie, napisał będąc na emeryturze pięć powieści, których nie powstydziłby się nawet zawodowy literat.

- Wszystko, co jest w nich przedstawione, jest oparte na faktach. O niektórych rzeczach nie pisałem, bo część osób uczestniczących w tamtych wydarzeniach, które przecież były nieraz drastyczne, jeszcze żyje i te osoby miałyby do mnie żal. Autentyczne są dialogi, dołączyłem, gdzie tylko było to możliwe, zdjęcia. Wszystko dzieje się w mojej rodzinnej wsi Lachówka i w jej okolicach. Są pokazane i trudne chwile, ale też i radosne, na tle wspólnoty wiejskiej – opowiada pan Henryk.

Wybór do powieści, tego okresu historycznego i tych okolic, wydaje mu się rzeczą naturalną.

- To jest moje dzieciństwo i okres dorastania, wtedy kształtował się zrąb mojej osobowości. Na stare lata człowiek wraca do własnych korzeni. Poza tym były to niebezpieczne czasy, pełne emocji związanych z zawieruchą wojenną i po wojnie. Chciałem to wszystko wreszcie z siebie wyrzucić i dać świadectwo tym czasom – zwierza się pan Henryk.

Dwa razy otarł się o śmierć. Właściwie był już pewny, że zginie. Raz groziła mu z rąk hitlerowców, a później wskutek pomyłki, z rąk egzekutora Armii Krajowej.

- Z hitlerowcami to było tak, że zimą pojechaliśmy jako dzieciaki, wozem zaprzęgniętym w konie, do lasu, aby wyciąć sobie drewno na narty. Na głowach mieliśmy sowieckie, pancerniackie czapki, które znaleźliśmy w pozostawionym magazynie. Akurat przez las jechali Niemcy w trzech tankietkach. Jak tylko ci z pierwszej nas zauważyli, to kazali podnieść ręce. Po rewizji wydali polecenie abyśmy się rozebrali do naga, ponieważ uznali, że jesteśmy partyzantami. Wymierzono w nas lufy karabinów i chciano rozstrzelać. Myśleliśmy, że już po nas. Na szczęście wyszedł dowódca z trzeciej tankietki, która była w dużej odległości od pierwszej. Kazał jeszcze raz przeprowadzić rewizję. Nic nie znaleziono i rozkazał nas jako dzieciaków wypuścić. Przemarznięci i rozdygotani, jak w febrze, wróciliśmy do domu. Narty kupiliśmy później, na targu w mieście. Do lasu w trakcie wojny nigdy już sami nie wyjeżdżaliśmy. Poczuliśmy na własnej skórze jak życie może zawisnąć na włosku – opowiada pan Henryk.

Było jednak także bardzo wiele pięknych dni, szczególnie w czasie lata. Młodzież wieczorami, także z innych wsi, zbierała się na podwórku u Kosieradzkich. Śpiewała i tańczyła, ponieważ ich rodzina, poza tym, że ciężko pracowała na roli, to była właściwie zespołem muzycznym i śpiewaczym.

- Miałem jednego brata i sześć sióstr. Trzy siostry grały na gitarach, ja na akordeonie, a brat na skrzypcach. Tylko perkusista był spoza rodziny. Tata był kiedyś w orkiestrze strażackiej i nauczył nas nut. Podwórze przed domem było tak wytańczone, że właściwie to trawy tam nie było, tylko samo klepisko. Jednego tylko żałuję, że sam nie tańczyłem, bo musiałem grać, a bardzo lubiłem tańczyć – opowiada pan Henryk.

O barwnym życiu w Lachówce i okolicach można poczytać w książkach: ”Piotr z Lachówki”; ”Tragiczne zacisze”; „Tajemniczy dąb”; „Niebezpieczne zacisze”; „Strzępy minionego czasu”. Pan Henryk wraca w nich, jak po kole, z lat bardzo dojrzałych do lat dzieciństwa i dorastania.

Od trzech lat pan Henryk z konieczności ogranicza swoją aktywność, ponieważ miał zawał serca. A tak naprawdę, to ten 87-letni mężczyzna prowadzi normalny tryb życia, bo miał przez całe życie tak wysoki pułap aktywności, że dopiero po zawale ten pułap stał się „normalny”.

- Lubię przeglądać zdjęcia w komputerze, których mam tysiące, ponieważ fotografowanie było moim konikiem. Zawsze byłem też zmotoryzowany. W swoim życiu miałem trzy motory i kilka samochodów. Obecnie też jeżdżę autem i sprawia mi to ogromną przyjemność. Podczas jazdy relaksuję się. Lubię wypady do lasu i obcowanie z przyrodą. Z programów telewizyjnych przepadam za popularnonaukowymi i wszelkimi informacjami na temat nowych osiągnięć naukowych. Nadal lubię czytać książki historyczne, ale ostatnio czytam też poezję. Przy domu mam ogródek, w którym spędzam dużo czasu, a po pracy w ogródku lubię wypić kawkę. Często odwiedzają mnie koledzy – zwierza się pan Henryk.

Andrzej Salnikow, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. archiwum Kosieradzkich

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

reklama

patronat

Do góry strony