reklama

Aktualności - Brańsk
22 kwietnia 2016 14:02

Spłonął dorobek życia

W nocy z 30 marca na 1 kwietnia ogień strawił większość domu Kazimierza Niemyjskiego, mieszkańca wsi Pruszanka Stara, gm. Brańsk. Zajęło się prawdopodobnie od instalacji elektrycznej.

U pana Kazimierza akurat był syn. Obaj spali. Obudzili się, kiedy w domu było już sporo dymu, a na poddaszu szalał ogień. Niewiele udało się uratować. Wprawdzie na dół mieszkania ogień nie przedostał się, bo sąsiedzi w porę zawiadomili straż pożarną, która uratowała część domu, to jednak praktycznie wszystko jest zlane wodą i przesiąknięte spalenizną. Pan Kazimierz załamuje ręce.

- Obudził mnie huk ognia. Na poddaszu. Spaliśmy na szczęście na dole. Pomyślałem, że zajęło się od kominka. Niewiele udało się złapać i wynieść. W takiej chwili człowiek nie wie, co ma robić, za co złapać się. Próbuje coś ratować, cokolwiek wynieść. Wyniósłby z domu to i tamto, ale czasu na to nie ma, bo duszącego dymu zaczyna być coraz więcej, pokazuje się ogień, trzeba uciekać. I na nieszczęście patrzeć, jak pali się dorobek życia. Niestety, dane mi było coś takiego przeżyć. Ale to kolejne moje nieszczęście, mam nadzieję, że ostatnie - mówi Kazimierz Niemyjski.

Był kiedyś przedsiębiorcą. Wspomina, że powodziło mu się nieźle. Zarówno on, jak i jego działalność była znana nie tylko w szerokiej okolicy, ale i w kraju. Potwierdzają to sąsiedzi.

- Miałem przy domu zakład. Hydraulika, ślusarnia, tokarki. Robiłem, przerabiałem i wytwarzałem części do maszyn rolniczych i innych. Wszystko mogłem dorobić. Nie ukrywam, że znałem się na tym i miałem do tego właściwy sprzęt. Do tego stopnia, że firma rozwijała się. Najwięcej pracy to było latem, bo wtedy sporo rolników do mnie przyjeżdżało. Pamiętam, nawet wieczorami, nocami, ktoś pod bramę przyjedzie i prosi: "panie, ratuj, kombajn nawalił, tylko pan może pomóc". I oczywiście pomoc potrzebna była szybko. Na już. Więc pomagałem. Ale straciłem wszystko. Pojawiły się problemy z pewnym panem, natury prawnej, po czym nastąpił kryzys finansowy w mojej firmie. Nie mam w tej kwestii sobie nic do zarzucenia. Los i prawo okazały się dla mnie niezbyt łaskawe. Trafiłem nawet do aresztu. W tym czasie rodzina ogołociła mnie ze wszystkiego, przede wszystkim z pieniędzy. Do tego żona miała wylew i pogrążyła się w ciężkiej chorobie. Jest leżąca. Opiekowałem się nią przez ostatnie 9 lat, ale pod koniec ubiegłego roku już nie dałem rady. W grudniu udało się ją umieścić w szpitalu w Łapach. Tam ma systematyczną i fachową opiekę. Z kolei syn ma zasądzone alimenty i z tego względu jest mu ciężko. Zresztą dzieci ma upośledzone. Córka ma uszkodzone serce, od lat, po porodzie, poza tym dziecko niepełnosprawne. Spałem u niej jakiś czas, po pożarze, ale nie chcę dalej już być dla niej ciężarem i mieszkać u niej. Tak więc praktycznie nie mam środków do życia, tym bardziej na odbudowę domu. Po latach prowadzenia działalności gospodarczej spadają na mnie same nieszczęścia - mówi.

Dodaje, że kiedyś pomagał wielu osobom. Dawał pieniądze. Zorganizował nawet zbiórkę pieniędzy, odzieży i potrzebnych rzeczy dla sierocińca koło Doniecka, na Ukrainie. Za ten gest otrzymał list gratulacyjny od Leonida Kuczmy, ukraińskiego prezydenta w latach 1994 - 2005. Ale największą pamiątką jest dla niego osobista dedykacja z podziękowaniami od Jana Pawła II, z 1983 r., oraz audiencja u niego, w Watykanie. Te pamiątki na szczęście nie spaliły się. Nadal wiszą na ścianie, w części parterowej mieszkania. Ogień był metr od nich.

- Te pamiątki przypominają mi to, na co zapracowałem przez lata. To jedne z moich najwartościowszych rzeczy. Dobrze, że nie powiesiłem ich na górze. Zostałyby po nich tylko wspomnienia - mówi.

Co zostało z pożaru?

- Coś zostało, ale w zasadzie niewiele nadaje się do użytku. Wszystko na dole, a więc ubrania, meble, inne wyposażenie albo są przesiąknięte spalenizną, albo zlane wodą. Smród z tej spalenizny niesamowity. Góra cała spłonęła, razem z dachem. Jak z dołu spojrzę w górę, to w kilku miejscach widzę niebo. Takie dziury. Okna, które ocalały, cały czas są pootwierane. Wietrzę, ale nie mogę tego zapachu spalenizny wywietrzyć. Po prostu trzeba wszystko wyrzucić. Zostało to, co miałem na podwórku - mówi.

Czego oczekuje?

- Jakiejkolwiek pomocy. Przede wszystkim w uprzątnięciu spalenizny. Ktoś pomyśli dlaczego ja tego nie robię? Ano właśnie. Nie jestem w stanie. Bok mocno poparzyłem podczas tego pożaru. Psychicznie i fizycznie podupadłem po latach moich spraw finansowych, upadłościowych, rodzinnych. Praktycznie jeszcze przed pożarem nie nadawałem się do niczego, do pracy, a po pożarze to już... Tutaj, w okolicy, to co trzeci jest Niemyjski. Nie tylko z daleka, ale i stąd ludzie nie wiedzą, że paliło się właśnie u mnie. Jedynie słyszeli, że u Niemyjskiego. Ale u którego? Ksiądz na ambonie ogłaszał, że potrzebna jest pomoc dla Niemyjskiego. Ale niewiele z tego wyszło, może dlatego, że nie wiadomo było, który Niemyjski spalił się. Może przez media uda mi się dotrzeć do innych, znajomych, którym pomogłem, z którymi współpracowałem? Nie mam z nikim kontaktu. Nie dam rady samodzielnie, nie tylko odbudować domu, ale i uprzątnąć tego, co w nim zostało. Po prostu zdrowia nie mam do tego i sił - kontynuuje nasz rozmówca.

Mówi, że potrzebuje firmy, ekipy budowlanej, do remontu.

- Trzeba zacząć od uprzątania. Potem dach robić i resztę. Zresztą fachowcy określiliby, co robić, a co zostawić. Może coś na dole dałoby się zostawić? Nie ukrywam, że liczę na rabaty i upusty, może jakiś sponsoring. Dom był ubezpieczony. Przedstawiciel ubezpieczyciela był na miejscu. Pooglądali, porobili zdjęcia, ale decyzji jeszcze nie ma. Mam nadzieję, że wypłacą mi odszkodowanie. Wierzę, że nic nie stanie na przeszkodzie, by zyskać pieniądze na odbudowę. Nie wiem ile byłoby tych pieniędzy, bo jak nie starczy na dom, to może na przebudowę chlewika. Mam trochę pomieszczeń gospodarczych, więc jeden taki chlewik dałoby się przerobić na mieszkalne lokum. Bo chcę być u siebie, na swoim. Nie chcę być balastem dla innych, dla równie doświadczonej życiem rodziny - wyjaśnia.

Mimo wszystko pan Kazimierz liczy na jakiekolwiek darowizny, głównie w postaci materiałów budowlanych.

- Belki, deski, łaty, drewno. Cokolwiek. Przyda się. Może komuś takie rzeczy zostały? Może przekazałby? Byłbym niezmiernie wdzięczny. Sąsiedzi, jak mogą, pomagają. Była zbiórka pieniędzy, sołtys pomógł, bracia Grzybowscy z Brańska. Ale to kropla w morzu. Muszę liczyć na innych - mówi.

Nr telefonu do Kazimierza Niemyjskiego - 782 031 442.

Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. CK

Do góry strony