Aktualności - Bruksela
10 lipca 2010 18:49

Polak Roku w Belgii

Marek Kutyłowski pochodzi z Ciechanowca. W 1989 r. wyjechał do Belgii. Zaczynał na budowach i przy remontach. Po 13 latach zdecydował się otworzyć własny biznes - piekarnię i sklep. W maju tego roku zwyciężył w konkursie „Polak Roku w Belgii” w kategorii działalność gospodarcza.


          - Konkurs „Polak Roku w Belgii” po raz pierwszy zorganizowany został w 2007 r. Był pan nominowany w każdej z edycji.
          - Tegoroczna nominacja była czwartą z kolei. Muszę przyznać, że najbardziej ucieszyła mnie pierwsza nominacja podczas pierwszej edycji, bo była to inicjatywa moich kumpli z podwórka, którzy zawiązali komitet i zgłosili mnie do konkursu.

          - W tym roku, nominacja przerodziła się w wygraną. Zapewne doceniono pana wsparcie dla inicjatyw polonijnych.

          - Uczestniczę w życiu Polonii czy to poprzez ambasadę, czy organizacje pozarządowe. Staram się wspierać polskie przedsięwzięcia. Sponsoruję polski klub piłkarski ”FC Polonia”, dziewczęcy zespół taneczny “Brukselki” oraz Polską Macierz Szkolną. To co mogę zrobić, to robię, i to mnie bardzo cieszy. Wspieram Polonię w Belgii z potrzeby serca aniżeli dla samej reklamy, oczywiście jest to dla mnie również promocja, ale to nie ona jest głównym motywem. Wszelkie inicjatywy, które będą promować Polskę, czy to poprzez tańce ludowe, czy kuchnię polską mogą liczyć na wsparcie moje i firmy „Rarytas”.
          Zdaję sobie sprawę, że tyle zabierzemy ze sobą na „drugą stronę”, ile damy innemu człowiekowi. Kiedyś nie bardzo wierzyłem w powiedzenie, że im więcej dajesz, tym więcej otrzymujesz. Dzisiaj w to wierzę.
          - Czy łatwo jest prowadzić w Belgii własną firmę?
          - Biurokracja jest dość duża, w której ja się nie orientuję, mam od tego księgowego i doradcę finansowego. Poza tym moja żona dba o wiele spraw, o których ja nie mam często pojęcia. Na pewno państwo nie przeszkadza mi w prowadzeniu biznesu, ja nawet nie mam typowej kasy fiskalnej, nikt nie wpada znienacka, jakaś policja fiskalna czy sanepid. Istnieje tutaj rzeczywiście coś takiego jak „przyjazne państwo” dla przedsiębiorczości. Tutaj urzędnik, który przychodzi do mnie, ma świadomość tego, że jego pensja pochodzi z moich podatków. Podobnie policjanci jak mnie zatrzymują, bardzo grzecznie się ze mną obchodzą. W Polsce urzędnicy czy policjanci są panami, nadinterpretują przepisy, a przecież takie same dotyczące czy to zasad BHP, czy regulacji finansowych są w Polsce i w Belgii, z tą różnicą, że ich interpretacja jest zupełnie inna i ja się pytam - dlaczego? Oczywiście trzeba być w porządku z państwem, trzeba płacić podatki. Ja wychodzę z założenia, że jeśli tu mieszkamy i tu pracujemy, to musimy płacić podatki, ale tutaj nikt nade mną nie stoi i nie ma mnie za potencjalnego oszusta.
          - Był pan pionierem, jeśli chodzi o polskie sklepy spożywcze w Belgii. Otworzył pan pierwszy taki sklep.

          - Był to nasz wspólny pomysł z żoną. Zawsze ciągnęło mnie w stronę własnego biznesu. Nawet w Polsce przez jakiś czas prowadziłem małą działalność gospodarczą. Po przyjeździe do Belgii przez 13 lat pracowałem na budowach. Chodziły mi po głowie różne pomysły na biznes, takie jak taksówka czy snak - taki bar szybkiej obsługi. Pracując na budowach często widziałem jak chłopcy mieli kanapki z chlebem niemieckim, dość drogim. Zapytałem ich dlaczego jedzą ten chleb, to odpowiedzieli mi, że jest prawie jak polski. Zdecydowaliśmy, by otworzyć polski sklep oraz piekarnię, to był rok 2002. Wówczas w Brukseli nie było jeszcze polskich kafejek i sklepów, poza „Olgą”. W Belgii np. arabskie sklepy miały nazwę w dwóch językach i ja też od początku wiedziałem, że mój sklep musi mieć polską nazwę, polskie litery i polskie kolory.
          - Dużą rolę w prowadzeniu biznesu odgrywa pana żona.
          - To jest tak, że ode mnie wychodzą pomysły. Przyznam, że nie wszystkie okazują się sukcesem, niektóre są chybione. Żona stoi na straży tego, żeby to się wszystko kręciło i robi to wspaniale. Woli wszystkiego dopatrzeć sama, natomiast ja lubię poobstawiać się ludźmi. Zawsze miałem duże zaufanie do ludzi. Uważam, że godna zapłata i ludzie będą solidnie pracować. Trzeba dać tyle zarobić człowiekowi, aby bał się on stracić pracę, takie jest moje podejście.
          - Planuje pan nową inwestycję wartą milion euro.

          - Pod koniec marca podpisaliśmy umowę wstępną na kupno budynku, w którym będzie duża piekarnia. Architekt wykonał już jej plany. Wstępną zgodę na piekarnię otrzymałem i przydział mocy na 20 kW. Problem jest w tym, że ja już w tej chwili mam moc 40 kW samych maszyn. Wystąpiłem o pozwolenie na zwiększenie mocy i o tym zdecyduje region Brukseli. Nie jestem przekonany czy je otrzymam. Polityka rządzących w Brukseli jest taka, żeby pozbywać się przemysłu dużego z miasta i uważam, że słusznie, bo po co komuś koło domu jakiś zakład, który hałasuje - suszarnia, ślusarnia czy tokarnia. Znalazłem inny obiekt, istniejącą już piekarnię, jest jednak sporo droższa. Zakładając, że ma się 50-tkę na karku i trzeba wziąć kredyt, trzeba to dobrze przemyśleć.
          - Poza sklepem i piekarnią, prowadzi pan również zakład mechaniczny.

          - Rok temu kupiłem zakład, jestem właścicielem, ale nie biorę w tym czynnego udziału, tzn. pracuje tam dwóch mechaników, którzy jednocześnie zarządzają zakładem i naprawiają samochody. Ja tam nawet rzadko bywam. Wielu Polaków w Belgii ma samochody i jeśli chodzi o język techniczny, np. przy naprawie samochodów, to jest z tym trochę problemów. Chociaż trzeba przyznać, że obecnie Polacy garną się do języków, co cieszy. Klienci w naszym zakładzie to przede wszystkim Polacy, ale bywają też Bułgarzy, Rumuni.
          - Co Belgom przypadło do gustu, jeśli chodzi o polskie wypieki?

          - Dla Belga nasz polski chleb nie będzie smakował, ale coraz częściej kupują oni nasze wędliny i nabiał. Z ciast to jedynie serniki. Makowca nie znają, myślą, że jest to opium, maku w cukiernictwie w ogóle nie stosują. Wśród amatorów polskich produktów są Bułgarzy, Rumuni, którzy choć mają swoje sklepy, to przychodzą do nas po pieczywo i po ciasta. Są też klienci z Jugosławii, Węgier oraz Żydzi – ci ostatni kupują chałki, bułki z makiem, ogórki kiszone, ci mniej ortodoksyjni – kiełbasę.
          - Jest pan skromną osobą.

          - Trudno mówić o swojej skromności, jeśli się jeździ porche cabrio. Dla mnie ważna jest pokora, uczę się jej. Zdaję sobie sprawę, że władza i pieniądze często odbierają ludziom rozum. Ostatnio czytam dużo książek o duchowości. To chyba z wiekiem przychodzi, takie wyciszenie. Oczekuję już wnuków i chyba czas założyć kapcie i się uspokoić.
          - Czuje się pan Belgiem?

          - Nigdy się Belgiem nie czułem, nie chodziłem tutaj do szkoły, nie poznałem dobrze języka. Był moment, że miałem chwilę wahania i pytałem siebie czy "u mnie" to tu, czy tam?
          - I co pan sobie odpowiedział?

          - "U mnie" to tam, czyli w Polsce. Żona myśli podobnie.

          Iwona Sawicka, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. IS

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

patronat

reklama

reklama

Do góry strony