Aktualności - Drohiczyn
13 sierpnia 2016 22:54

Spływ Bugiem, czyli „500 kajaków” od kuchni

Na obu moich kciukach znajdują się sporej wielkości odciski – wspomnienie i pamiątka udziału w IV Edycji Spływu 500 Kajaków. Ale jak to się stało, że w ogóle trafiłam na spływ?

Jak to się robi?

Szczecin, Sanok, Tychy. To tylko niektóre z miast, z których przybyli uczestnicy tegorocznego spływu. W tym roku zgłosiło się 472 chętnych. Płynęli w 250 kajakach. Pierwszego dnia pokonali trasę 29 km, następnego 23. Trasa między Drohiczynem a Nurem liczyła łącznie 52 km. Wioślarzy strzegło około 30 ratowników. Jak urządzić tak dużą imprezę?

- Już w lutym zajmujemy się sprawami organizacyjnymi: ustalaniem terminów, szukaniem sponsorów, zamawianiem kajaków, bo przy tak dużej ilości trzeba je wcześniej zarezerwować – opowiada Rafał Siwek, dyrektor MGOK w Drohiczynie.

Mimo, że prace zaczynają się zimą, najbardziej gorącym okresem jest ostatni tydzień, kiedy trzeba przyjmować zgłoszenia, ustalać co robić w sytuacjach awaryjnych, organizować catering. Większość kosztów pokrywają sami uczestnicy spływu. Jednak, aby uatrakcyjnić wydarzenie w tym roku pojawiła się nowość – sponsorzy, dzięki którym można było wynająć scenę dla zespołu w Grannem, a także ufundować nagrody, w tym kajak.

- Jeżeli za rok uda nam się zebrać więcej sponsorów, to na pewno będziemy starać się, aby zapewnić lepsze warunki uczestnikom. Mam nadzieję, że to co ludzie zobaczyli w tym roku będzie reklamą i zachętą do tego, by wesprzeć spływ – mówi Siwek.

Przelew last minute

1 sierpnia wypełniam kartę zgłoszeniową znajdującą się na stronie internetowej 500kajaków.pl. Zaznaczam jaki rodzaj spływu mnie interesuje, bo do wyboru mam dwa - jedno i dwudniowy. Jednodniowy wiedzie trasą z Drohiczyna do Grannego. Dwudniowy kończy się w Nurze. Robię przelew. Wszystko na ostatnią chwilę – bo termin przyjmowania zgłoszeń upływa 1 sierpnia. Spływ planowany jest na 6-7 sierpnia.

Dzień później uczestnicy otrzymują maila z dokładnym opisem tego, gdzie odbywa się zbiórka, jak dojechać, gdzie najlepiej zostawić auto itp. Garść praktycznych wskazówek przydatna z pewnością dla tych, którzy odwiedzili nasze tereny specjalnie ze względu na spływ.

Jest sobota, pierwszy dzień spływu. Na drohicką plażę dotarłam niewiele przed 10.00, kiedy zaczęły się zapisy. Muszę podpisać listę i odebrać pakiet startowy – koszulkę, identyfikator i butelkę wody. Na początku zrobią nam grupowe zdjęcie. Wokół mnie pojawia się coraz więcej ludzi. Kolejka przed zielonym namiotem, w którym odbywają się zapisy, wydłuża się. Przyjeżdżają uczestnicy indywidualni, rodziny z dziećmi, zorganizowane grupy.

Dlaczego pływają?

Dla tych, którzy przyjechali sami, kajakowy partner dobierany jest na miejscu. Popłynę z Januszem, który przyjechał do Drohiczyna razem z dwoma kolegami: Andrzejem i Tomkiem. Jak się okazuje w tej grupie, to ja jestem najmniej doświadczona oraz… najmłodsza. Panowie pochodzą z Podkarpacia. Znają się już długo, a połączyła ich wspólna pasja – kajakowe spływy. Najdłuższy staż w tej dziedzinie ma Tomek – dziesięć lat. Kajakiem pływał już będąc nastolatkiem. Kilka lat temu zdobył nawet uprawnienia instruktora kajakarstwa.

Andrzej pływa półtora roku. Na spływ w Drohiczynie przywiózł swój nowy nabytek – jednoosobowy kajak, dotychczas korzystał z niego zaledwie dwa razy, zatem ciągle go poznaje. Nie ukrywa jednak satysfakcji z posiadania o wiele lżejszego i bardziej zwrotnego sprzętu niż nasz. – Pływam krótko, ale intensywnie - odpowiada uśmiechnięty, kiedy pytam od kiedy interesuje się kajakarstwem.

Janusz, to z nim będę płynęła, jest entuzjastą spływów od roku. Traktuje je jako relaks i odpoczynek po pracy.

Pod prąd

Najpierw musimy wybrać kajak spośród leżących na plaży. Do tego wiosła oraz obowiązkowo kapok. Moi towarzysze instruują mnie jak poprawnie usiąść w kajaku.

Wyruszamy nie o 12.00, jak było w planach, a z kilkunastominutowym opóźnieniem. Z tego, że nie jestem odpowiednio ubrana na spływ, zdaję sobie sprawę, gdy wychodzimy na mulisty brzeg plaży i spuszczamy kajak na wodę. Muszę zdjąć buty i skarpetki. Nie mam ani klapek ani sandałów. Dziesiątki kajaków ruszają, wokół śmiechy, głośne rozmowy i ekscytacja. Zaczynam łapać rytm i mniej więcej rozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Nie obywa się jednak bez małych wpadek, takich jak np. stukanie wiosłem o ścianki kajaku.

Meta znajduje się w odległości dwudziestu dziewięciu kilometrów, płyniemy do Grannego. Mamy nadzieję, że zdążymy przed deszczem. Przy pokonywaniu długich dystansów istotne jest, aby nie ściskać mocno wiosła, można nabawić się odcisków. Aby temu zapobiec, warto od czasu do czasu zamoczyć ręce w wodzie.

Wyższość Caroliny nad Vistą

Płynę w modelu Vista, czerwona, przestrzenna na tyle, że mieści się w niej mój plecak (jako laik nie pomyślałam o zaopatrzeniu się w nieprzemakalny worek, a szkoda).

Płyniemy w środku stawki. Po 11 kilometrach przepływamy pod mostem, pokonujemy jedną trzecią trasy. Na razie nie czuję zmęczenia. Mimo wiatru, który ciągle wieje nam w twarz. Czuję natomiast jak kajak lekko mknie po wodzie. Nie ma upału, zatem paradoksalnie pogoda sprzyja spływowi. Zaczynamy odczuwać zmęczenie mniej więcej w połowie drogi. Ręce bolą coraz bardziej, również inne kajaki wokół nas zwalniają. Na kolejnych mieliznach widzimy ludzi, którzy urządzają sobie postoje dla odpoczynku. Mimo zakazu spożywania alkoholu, paręset metrów za nami doszło do wywrotki, bo wioślarze byli pod wpływem.

Forever love kajak

Nie umykamy deszczowi, zaczyna padać około 15.00. Do Grannego docieramy niewiele po 17.00. Całkiem nieźle zważywszy, że planowano koniec spływu na 19.00. Po wyciągnięciu kajaków na brzeg idziemy do Nadbużańskiego Centrum Turystycznego, gdzie czekają już na nas z gorącym żurkiem, kiełbaskami i bigosem. Deszcz pada coraz bardziej, psując imprezę. Ludzie kryją się pod każdym dostępnym zadaszeniem. Na scenie pojawia się zespół Forever Love, a na mnie już czas.

„Nie popłynę”- myślałam rok temu. – „Nie dam rady, nie umiem pływać, jeszcze utopię się na środku Bugu i dopiero będzie problem.” Jednak tego lata chęć przezwyciężyła strach i… rozsądek.

Eleni Kryńska, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot EK

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

reklama

Do góry strony