reklama

Zespoły folkowe z najwyższej półki, twórcze rękodzieło, liczne warsztaty, spotkania, wystawy, projekcje filmów, teatr, konkurs harmonijkarzy, konkurs potraw regionalnych, turniej piłki błotnej, konferencja na temat kultury ludowej, pociąg festiwalowy, znakomita atmosfera, doskonałe prowadzenie, publiczność w każdym wieku, folkowe trzy dni i trzy noce. Tak prezentował się XXI Festiwal Wielu Kultur i Narodów „Z wiejskiego podwórza” w Czeremsze.

21 edycja festiwalu folkowego „Z wiejskiego podwórza” odbyła się w dniach 22-24 lipca na terenie Gminnego Ośrodka Kultury w Czeremsze.

Najpierw była Basia Kuzub. To ona założyła zespół Czeremszyna. Na pomysł zorganizowania festiwalu „Z wiejskiego podwórza” wpadli już oboje – Barbara Kuzub – Samosiuk i Mirosław Samosiuk. Z Basią rozmawiałam już po zakończeniu tegorocznej edycji festiwalu.

Czy festiwal może być jeszcze lepszy niż w tym roku?

- Zawsze można zrobić lepszy. Ale rzeczywiście, ten rok jest fajny. Większość osób z Czeremchy nigdy nie zobaczyłaby zespołu z Zimbabwe, z Turcji, z Wenezueli. Festiwal to okazja, żeby poznać inne kultury, ale też żeby te kultury poznały naszą. Żeby zobaczyły gościnność podlaską, jedzenie, ludzi miłych, otwartych. Festiwal ma już rangę międzynarodową i rzeczywiście ma poziom naprawdę wysoki. Nie jest to pierwszy lepszy festyn.

Znakomity Jurek Kalina. Poza tym masa rękodzieła, na pewno ponad 20 stoisk.

- Nie, 40. Wszystkie piękne rzeczy, ręcznie robione. Nie ma plastiku, nie ma chińszczyzny, nie ma balonów. Nie ma tandety, którą często się obserwuje na takich imprezach w wielu miejscowościach. Szkoda, że nie idziemy tą drogą.

Nie mogę zrozumieć dyrektorów ośrodków kultury…

- Wyobrażasz sobie turystę przyjeżdżającego na Podlasie, przemieszczającego się na fajne festyny mniejsze lub większe, a na nich piękne rękodzieło, kuchnia, nawet regionalne zespoły, bez disco polo. To jest coś cudownego. Właśnie tak jest w Bretanii. Festyny przez całe lato, imprezy organizowane ze smakiem. Dobre jedzenie, rękodzieło, lokalne zespoły, tańce, imprezy towarzyszące. Tam turyści masowo odwiedzają takie miejsca. Dlatego, że ich ciekawi ta kultura. Dlaczego my chcemy pokazywać byle co, skoro mamy tyle piękna? Nie rozumiem tego. Nie mogę zrozumieć dyrektorów ośrodków kultury, że tak robią.

Jednak Czeremcha jest jedyna w tym zakresie…

- Czemu tak nie robimy? To, co pokazujemy, wcale ludzi nie rajcuje. Nasi oczywiście się cieszą, bo mają umpa-pumpa, ale ci, którzy przyjadą i zostawią pieniądze u gospodarza, to więcej nie wrócą, bo oczekują czegoś innego, czegoś magicznego. Chodzi o magię Podlasia, coś czym powinniśmy budować markę. Nie musi być tandeta. Co człowiek, to pomysł. Walczmy, mówmy. Jeśli będziemy to robili wszyscy, to może będzie lepiej. Przecież możemy zrobić pięknie. Powiat hajnowski! Boże! Mam w wyobraźni miejsca piękne i każda gmina, każda wieś może zrobić swój jedyny, niepowtarzalny festyn.

 

Konkurs potraw regionalnych jak zwykle przyciągnął wielu łasuchów. Bo to okazja, żeby spróbować swojskiego jadła stąd, z Czeremchy i okolic. Owszem, jest komisja konkursowa i są przyznawane miejsca, ale tak naprawdę wygrywa każdy, kto potrafi przygotować zdrowy i smaczny posiłek z miejscowych produktów.

Wiktor Szatyłowicz mieszka tuż za płotem Gminnego Ośrodka Kultury w Czeremsze, ale w konkursie kulinarnym wziął udział po raz pierwszy. Zaprezentował ser kozi z czosnkiem, ser kozi z rzodkiewką i szczypiorkiem. I świeżo usmażone placki ziemniaczane, i kanapki z serem kozim i czarną jagodą, albo z serem i łososiem. – Tak mi się przydarzyło, że musiałem poeksperymentować z hodowlą kóz – opowiada Wiktor Szatyłowicz. - Najpierw szukałem zdrowszego mięsa, bo wieprzowina nie jest dobra dla mojego organizmu. Później pomyślałem o wykorzystaniu mleka i sera. Obserwacja własnego organizmu skłoniła mnie do wyrobu tego typu sera bez podpuszczki. Jest to spore wyzwanie, trudne, pracochłonne. Ludzie zaczęli sobie przekazywać, że jest produkt super. Mieszkam blisko, ale w konkursie na potrawę regionalną wystartowałem pierwszy raz. Najpierw był pomysł na pokazanie sera koziego, ale że jestem osobą kreatywną, jestem mistrzem w „Pływaniu na byle czym”, wymyśliłem sery smakowe, placki, kanapki. Oczywiście pomogła mi żona Krystyna.

Swampions Soccer League - Błotna Liga Mistrzów Czeremcha 2016. W piłce błotnej zwyciężyła drużyna z Czeremchy. Nie było łatwo, bo zespołów dwadzieścia. Drugie miejsce zajął Dr Tusz Białystok, a trzecie Szczuczyn (BLR).

- Moi wszyscy zawodnicy grają w piłkę w klubie Kolejarz Czeremcha, więc zmęczenia raczej nie ma – mówi Adam Stepaniuk, kapitan drużyny Old Boys Czeremcha. - W ubiegłym roku też graliśmy, ale odpadliśmy w drugiej rundzie. W tym roku się udało. Jesteśmy bardzo zadowoleni.

Gra w piłkę błotną wcale nie polega na taplaniu się w błocie. Owszem, wygląda to ciekawie, tak bardzo, że chciałoby się samemu wejść na boisko, przypomnieć czasy dzieciństwa. Ale tu jest piłka i dwie bramki. Dobiec do piłki? Jak? W błocie? I szybko dobiec, i kopnąć! Ciężko. Bardzo ciężko.

- Gra w piłkę błotną polega na strzeleniu jak najwięcej bramek – stwierdza Janusz Kazberuk, sędzia turnieju w Czeremsze. – Zasady są podobne jak w normalnej piłce nożnej, tylko że rzuty z autu wykonywane są nogą i z wolnego nie można bezpośrednio strzelić do bramki. Musi ktoś dotknąć piłki, wtedy liczy się bramka. Poza tym więcej luzu, więcej przepychanek. Dopuszczamy taką grę, żeby więcej zabawy było.

W błocie walczyli dwa dni. Mecz trwał dwa razy po 10 minut. W drużynie pięciu zawodników i szósty bramkarz, albo bramkarka, bo drużyn kobiecych było cztery. Pierwsze miejsce zdobyła Ramis Women, drugie miejsce Błotne Księżniczki, trzecie – Babski Team.

- Zagrałam dla zabawy. Pierwszy raz – w przerwie między meczami powiedziała Barbara Musiuk – Lingnau. – Wydaje mi się, że kondycyjnie jestem ok., mimo tych 39 lat, bo dużo biegam, spore dystanse i chyba to mi pomaga wytrzymać. Jest bardzo ciężko, bo nie mamy w ogóle zawodniczek rezerwowych. Gramy non-stop, bez żadnej zmiany. Tak w ogóle zabawa jest świetna. Nie wiem dlaczego ludzie nie mają odwagi wejść na nasze boisko, przecież być brudnym to nic złego. Poza tym zawsze chciałam potaplać się w błocie, a tu właśnie okazja, żeby to zrobić. Bo gdzie indziej, jak nie tu? Od 14 lat mieszkam za granicą, w Niemczech, ale często wracam do rodzinnej Czeremchy, a jeżeli mogę tu zagrać w piłkę błotną, to jeszcze fajniej.

 

W konkursie harmonijkarzy wygrał Antoni Adamski spod Warszawy, chociaż mistrzów harmonijki ustnej było wielu.

- Gram dopiero od 2009 r. – opowiada Antoni Adamski. - Moja żona poprosiła, aby zaczął grać na harmonijce. Nie mam wykształcenia muzycznego, to wszystko z miłości. Nigdy wcześnie nie startowałem w żadnym konkursie. Przez przypadek się dowiedziałem o konkursie w Czeremsze i jestem.

 

Kiedyś Czeremcha koleją stała. Dziś jest inaczej. Jednak dzięki kolejom mazowieckim, publiczność przyjechała również pociągiem, z namiotami.

- Z namiotami najlepiej. Można się dogadać z ludźmi, 10 zł za noc to niewiele, a jeśli się zbierze 30 osób, to już jakieś pieniądze dla gospodarza – mówi Tomek Pawłowski, osiemnastolatek z Warszawy. - Jestem tu po raz trzeci i na pewno będę przyjeżdżał na festiwal w Czeremsze. Lubię takie klimaty. Jestem taki dziwny, bo nie lubię rapu, nie lubię disco polo, wolę taką muzykę, folkową, a interesuję się matematyką i fizyką. O festiwalu dowiedziałem się przez znajomego, przyjechałem, spodobało się. Jest fajnie. Przyjeżdżam, żeby zobaczyć tę kulturę, ale też fajną muzyką. Rodzice też przyjeżdżają, ale ja pociągiem, jest taki darmowy, dla fanów folku. Dwa lata temu trudno było o miejsce, a teraz zobaczyli, że więcej osób przychodzi, więc dali drugi wagon. Ogólnie fajnie, bo wszystko zaczyna się już w wagonie, a po przyjeździe do Czeremchy można kontynuować zabawę. Gdy wracamy do Warszawy, to też śpiewamy i gramy.

v

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

reklama

patronat

reklama

Do góry strony