reklama

Notatnik historyczny
10 lipca 2010 18:45

Z historii Zespołu Szkół Rolniczych w Czartajewie

Okres lat szkolnych wspomina Pan Mikołaj Żabiński, rocznik 1962 – 1967:


          Egzamin wstępny do szkoły zdawałem w internacie. Internat już był czynny, a szkoła dopiero w budowie. Przez trzy pierwsze lata uczyłem się w starej szkole. Jej budowę ukończono w 1963 roku, ale prace wykończeniowe wciąż trwały i dlatego na początku wpuszczono tylko kilka klas. Od 1965 roku uczyłem się już w nowym budynku. Jeśli chodzi o tę szkołę, to myślę, że to była taka szkoła życia. Nie tylko sama nauka, ale i praca. W tym samym czasie był budowany stadion, więc każde zajęcia sportowe, to była „łopatologia” przy stadionie. Na zajęciach praktycznych, zajęciach pozalekcyjnych sadziliśmy tu drzewa. Te wszystkie alejki były przez nas wysadzane. Sporo pracy ówczesna młodzież wniosła w zagospodarowanie terenu i pewnie dlatego z taką przyjemnością tu wraca, bo widać efekty tej pracy. Widać jak tu pięknie, jak zieleń otacza szkołę, internat, a to w tych pierwszych latach było wszystko robione.
          - W jakich dziedzinach szkoła pozwalała uczniom rozwijać ich zainteresowania?

          - Szkoła w ówczesnym czasie, mimo że to były dopiero jej początki, była bardzo wysoko oceniana w sporcie. W powiecie byliśmy lepsi niż liceum. Oprócz lekkoatletyki uprawialiśmy również inne dyscypliny. Próbowaliśmy swoich sił w chodzie, boksie, a nawet zapasach. Ja praktycznie trenowałem wszystkie te dyscypliny. Klasy rywalizowały pomiędzy sobą w biegach narciarskich. Dość silna była grupa kolarska. Mieliśmy 8 rowerów na wyposażeniu szkoły. Ja dojeżdżałem do szkoły cały czas rowerem, aż spod Kajanki i w taki też sposób trenowałem kolarstwo. W roku 1966 z Jurkiem Tatarczukiem wywalczyliśmy wicemistrzostwo okręgu. Także wyniki mięliśmy dobre. Sport prowadzili wtedy Zdzisław Sawicki i Kazimierz Oskroba.
          Jeśli chodzi o sprawy artystyczne, to w 1965 r. rozpoczął swoją działalność zespół ludowy „Złote Kłosy”, który był bardzo wysoko oceniany i zawsze jeździł na dożynki centralne. Ja w „Złotych Kłosach” nie tańczyłem. W szkole zajmowałem się zupełnie czymś innym. Pani Janina Struczyńska – Nowik od pierwszej klasy zaangażowała mnie do recytacji i w każdej imprezie trzeba było uczestniczyć. Braliśmy udział w eliminacjach wojewódzkich, gdzie osiągaliśmy wysokie wyniki, i tak np. w 1966 roku dostałem się do finału na Centralnych Eliminacjach w recytacji szkół rolniczych w Warszawie. W szkole prowadzony był również zespół dramatyczny, którego opiekunem była Pani Struczyńska – Nowik. Wystawialiśmy różne sztuki m.in. „Ballady i romanse” Aleksandra Maliszewskiego. Ja grałem Mickiewicza, a rola Maryli przypadła najpierw Irenie Czertowicz, a później Teresie Kałuskiej. Występy mieliśmy w większych miejscowościach powiatu: w Grodzisku, w Milejczycach, w Adamowie, w Domu Kultury w Siemiatyczach. Nawet już jako absolwenta szkoły zabierano mnie jeszcze na występy. Dość mile to wspominam. Szkoła krzewiła wtedy kulturę po okolicznych wsiach. Dodatkowo w ramach zajęć pozalekcyjnych z dyrektorem Robakiem i z Eugeniuszem Chełstowskim jeździliśmy na wykłady rolnicze, dotyczące hodowli zwierząt lub uprawy roślin, do sąsiednich wsi. Prowadzącymi byliśmy my, uczniowie. Ludzie zbierali się w mieszkaniach, bo nie w każdej wsi była świetlica. To owocowało tym, że nabieraliśmy pewności siebie i obycia między ludźmi. Osiągaliśmy też wysokie wyniki w olimpiadach zootechnicznych. Szkoły rolnicze zawsze rywalizowały między sobą. Raz zorganizowano takie eliminacje w naszej szkole. Wspólnie z dyrektorem uczestniczyliśmy również na sesjach powiatowej rady, zdobywając wszechstronne przygotowanie do życia. W wyniku tych działań absolwenci byli bardzo cenieni przez zakłady pracy i pracodawców.
          - Których nauczycieli najmilej Pan wspomina?

          - Szczególnie miło wspominam pana Dąbrowicza, który prowadził najpierw botanikę, później ogólną uprawę i szczegółową uprawę. Do dnia dzisiejszego pamiętam wiele nazw łacińskich roślin uprawnych, na co szczególny nacisk kład pan profesor. To był facet! – tak go nazywaliśmy. Na lekcji u niego było zawsze cicho. Na jednych zajęciach można było dostać 3 dwóje: za odpowiedź, za podpowiedź i za brak zeszytu. Potem zbliża się półrocze, a tu pięć dwój i człowiek wtedy myśli „będzie bieda”. Nauczyciel wiedział, że ja umiem, tylko chciał postraszyć. Zrobił sprawdzian – dostałem piątkę i ostatecznie na koniec nikogo nie skrzywdził. Polonistka pani Struczyńska trzymała nas mocno w ryzach. U Zdzisława Sawickiego, który uczył nas historii zawsze trzeba było być przygotowanym do lekcji. Ja, Kazik Fleks, Jurek Walendziuk, Olek Adamiuk, z tyłu Jurek Sadowski na lekcjach siedzieliśmy tak po środku. Nazywali nas „5 z Wyspy Skarbów” i trzeba było na około wszystkim podpowiadać. Bardzo mile to wspominam.
          - Jak wyglądały zajęcia praktyczne?

          - Każdy z nas chętnie pracował na zajęciach praktycznych w gospodarstwie. Wyjeżdżaliśmy również na praktyki do PGR-ów np. po IV klasie byliśmy 2 miesiące w Marianowie. Było nas pięciu. Nocowaliśmy w świetlicy przy PGR. Nikt z nas nie szukał wygód. W niektórych PGR-ach były kuchnie, gdzie można było zjeść, przeważnie jednak gotowaliśmy sobie sami za pieniądze, które dostawaliśmy na przeżycie. Praktyka trwała 1-2 miesiące. Pamiętam, że była uroczystość 22 lipca i dyrektor z Marianowa poprosił mnie o napisanie przemówienia. Napisałem i wszystkim bardzo się podobało. Z polskiego byłem akurat dobry.
          - Pana najpiękniejsze wspomnienia, a może jakieś miłości z lat szkolnych?

          - Oczywiście, były pierwsze miłości. Podkochiwałem się tu w kilku dziewczynach, ale tę jedyną miałem w liceum. Utarło się, że chłopcy z liceum podbierali nasze dziewczyny, a my ich. Pamiętam, że pisałem do swoich sympatii wiersze. Miałem ich chyba z 50 spisanych w zeszycie. Potem zabrała mi je dziewczyna, gdy się rozstaliśmy.
          - A czy te sympatie z dawnych lat były na zjazdach absolwentów? Czy Pan je spotkał?

          - Niestety nie. Nie widziałem, nie spotkałem.
          - Czy był Pan na każdym zjeździe?

          - Tak. Byłem na wszystkich zjazdach. Pierwszego nie organizowałem. II zjazd zacząłem robić z tego tytułu, że byłem przewodniczącym Komitetu Rodzicielskiego w szkole, w latach, w których uczył się mój syn. I tak to się zaczęło i zostało. To jest już III zjazd, który będę współorganizował. Zresztą zawsze byłem takim trochę działaczem.
          - Jakby Pan zachęcił do udziału w zjeździe?
          - Po prostu warto! Warto się spotkać, porozmawiać, bo to jest bardzo przyjemny moment jak się widzi osoby, których się nie widziało dziesiątki lat. Każdy wypytuje, co tam u niego. Wszyscy dzielą się radościami i smutkami. Wracamy pamięcią do lat szkolnych, wspominając wspólnie przeżyte chwile w murach tej szkoły. Pamiętamy również o nieżyjących, bo sporo ludzi już niestety nie ma między nami. To jest czas refleksji, radości i wzruszeń. Dlatego trzeba się spotykać!

          Wywiad z Mikołajem Żabińskim - przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego IV Zjazdu Absolwentów przeprowadziły: Marta Tymińska, Elżbieta Rożuk, Dorota Jaszczuk


          Na zdjęciu zajęcia praktyczne, rok 1963.
Do góry strony