Notatnik historyczny
15 maja 2014 22:53

1928 - Święty Florian, wódka i śledzie

Już za klika dni, 20 maja, w Siemiatyczach odbędą się dość huczne wojewódzkie obchody Dnia Strażaka. Głównym punktem obchodów będzie nadanie sztandaru siemiatyckiej komendzie powiatowej.

86 lat temu odbyła się w Siemiatyczach podobna uroczystość. Jej przebieg opisuje dość dokładnie hr. Henryk Ciecierski w swoich pamiętnikach. Przywołajmy to wydarzenie.

„6 maja 1928 roku w Siemiatyczach odbyło się poświęcenie sztandaru Ochotniczej Straży Pożarnej.

Zostałem przez zarząd poproszony bym z panią Pietrzykowską, matką naszego dziekana i proboszcza, był ojcem chrzestnym w pierwszej parze i bym wbił w drzewce pierwszy gwóźdź.

Uroczystość odbyła się poważnie i nastrój panował podniosły. Wzięły w nich udział szkoły powszechne z Siemiatycz, z Czartajewa, z Bacik Średnich, Dalszych i innych wiosek. Szkoły szły do kościoła w ordynku z chorągiewkami narodowymi i pod kierownictwem nauczycieli ustawiały się grupami w prezbiterium i w jego pobliżu. Był i oddział Strzelca. Oddział straży ogniowej wystąpił w mundurach, z karabinami. Stawili się przedstawiciele władz i wszyscy notable Siemiatycz.

Wysłuchaliśmy mszy świętej, po czym wraz z matką chrzestną trzymałem sztandar przed ołtarzem za górne dwa rogi a za dolne rogi trzymała go druga para, tj. pan Szyszko (dawniej stolarz, później przedsiębiorca cementowych pustaków i kręgów studziennych) oraz córka (imienia zapomniałem) wyrobnika siemiatyckiego, uzdolniona siła miejscowych teatrów amatorskich, pracująca jako ekspedientka w sklepie księgarsko – spożywczym.

Na amarantowym sztandarze wymalowany był św. Florian i herb państwa.

Ksiądz dziekan przemówił od ołtarza patriotycznie i z sercem, i sztandar poświęcił. Następnie wyszliśmy grupami z kościoła i uformowaliśmy pochód z orkiestrą strażacką na czele, by z placu między kościołem a kooperatywą przez Rynek, obok pomnika Kościuszki, na ulice Legionową (dawniej Pałacową, bo prowadziła do spalonego przez moskali w 1863 roku pałacu ks. Anny Jabłonowskiej), ku tryumfalnej bramie podążyć. Tam miało się odbyć przybicie gwoździ i wręczenie sztandaru przez ojca chrzestnego komendantowi straży panu Stanisławowi Kosińskiemu.

Przy dźwiękach orkiestry, której kapelmistrzem był sympatyczny pan Grisbach, nauczyciel szkoły powszechnej, wice komendant straży (uzdolniony skrzypek, a poza tym artysta amator dramatyczno – kabaretowy i twórca humorystycznych karykatur związanych z lokalnym życiem społeczno – politycznym), ruszyliśmy grupami ku miejscu przeznaczenia. Przyłączyłem się do grupy naszej chrześcijańskiej kooperatywy, kończąc przy jej chorążym.

Na ulicy Legionowej wystawiona była brama tryumfalna z drabin strażackich. Ubrana była świerkami i świerkowymi gałązkami, toporami hełmami i chorągiewkami. W górze na środku zwisał transparent z herbem Państwa. Z obu stron stały beczki strażackie. (…)

Przed rozpoczęciem ceremonii wbijania gwoździ sekretarz sądu pokoju pan Juśkiewicz, odczytał ów akt, zastrzegłszy się wpierw wobec uczestników czynnych i zebranych tłumnie wszelkich ras i kondycji obywateli, że „nie ma dziś wymowy, bo jest zaziębiony i zachrypnięty”. Lecz ku zdumieniu i uciesze wszystkich przeczytał ten dziejowej doniosłości dokument grzmiącym głosem.

(…) Zaczęło się wbijanie gwoździ i uroczyste podpisywanie aktu, najpierw wywołano dwie pary chrzestnych, potem mieli podchodzić kolejno: dziekan katolicki, protorej prawosławny, rabin, reprezentanci urzędów, szef ekspozytury starostwa, sędzia pokoju, sierżant policji, komendant miejscowego posterunku, kierownik poczty, sekwestrator, burmistrz, sekretarz magistratu, wójt gminy z sekretarzem, kierownik szkoły, pan aptekarz, pan rejent, komendant Strzelca, reprezentanci kupiectwa (Żydzi), rzemieślników, kooperatywy, Stowarzyszenia Rolnik, dr Marcin Gelbaum, kierownik mleczarni spółdzielczej, zdaje się że i kominiarz miejski (…)

Gdym już miał gotowy sztandar wręczyć komendantowi straży, proszono mnie, bym parę słów przemówił. Ponieważ nie chciałem z beczki /nawet strażackiej/ głosu zabierać, by nie wzbudzać skojarzeń i by komu Panie Kochanku na sejmiku na myśl nie przyszedł, więc poprosiłem o stołek z pobliskiej policji i wstąpiwszy nań ze sztandarem w ręku (a la Joanna d’Arc) – przemówiłem.

„Panowie strażacy, św. Florian, wasz patron, jest na waszym sztandarze. Kapłan chrześcijański sztandar ten poświęcił. Niechże go więc nadal chrześcijańskie ręce dźwigają, by z równą gorliwością ratować mienie wszystkich i chronić kraj nasz od strat. Pamiętajcie, że my Polacy jesteśmy gospodarzami Polski i gdy się pali mienie Polaka, Rusina czy Żyda – niszczeje i ubożeje Rzeczpospolita” (…)

Po ceremonii wbicia gwoździ i wręczeniu komendantowi sztandaru udał się pochód na Rynek i tam u pomnika Kościuszki odbyła się defilada strażaków, po czym zaproszeni goście poszli na „skromne śniadanie” do sali kina, gdzie ustawiony był w podkowę olbrzymi stół, zastawiony półmiskami z kawałkami chleba, talerzami pełnymi dzwonek śledzi grupo pokrytych obsypaną pieprzem cebulą, talerzami z pokrojoną kiełbasą, szynką i salcesonem i obstawionych potężna baterią butelek z wódką i piwem.

W centralnym miejscu u środkowego stołu posadzono ks. dziekana i mnie przy nim, a potem z obu stron rozsadzano wyższych i niższych urzędników i obywateli miasta mizerniejszej i zacniejszej kondycji. Dalej po obu skrzydłowych stołach siedziała straż ogniowa. W końcu prawego skrzydła ich kapela.

Raczono się uczciwie z talerzy i butelek. Kieliszki były takich rozmiarów, że jak się dziekan wyraził, można by się było w nich wykąpać. Posypały się toasty jak z rękawa. Starano się nikogo nie opuścić, nikomu nie uchybić. A po każdym toaście przy dźwiękach orkiestry śpiewano „sto lat”.

Podano kotlety. Ukroiłem kawałek i połknąłem, ale więcej już zjeść nie mogłem, bo ciągle się nowe sypały zdrowia i trzeba było stać bez przerwy. Już wzniosłem zdrowie reprezentanta rządu w osobie szefa ekspozytury starostwa pana Procakiewicza (sympatycznego Małopolanina), zdrowie reprezentanta policji państwowej (w osobie energicznego i taktownego komendanta posterunku sierżanta Chobrzyńskiego), o której niestety wszyscy jakoś zawsze przy wszelkich uroczystościach zapominają, a której członkowie są bojownikami czynnymi podczas pokoju, walcząc nieustannie z wrogiem wewnętrznym i są stałymi męczennikami i kozłami ofiarnymi różnych obchodów, demonstracji i publicznych zabaw.

Wznosząc zdrowie dzielnej naszej policji, zwróciłem się do strażaków: „panowie, gdyby nie było policji, to by wasze wysiłki ratunkowe poszły na marne. Co byście z ognia wyrwali – złodzieje i bandyci by rozkradli i unieśli. Niech żyją zapoznani skromni bohaterowie ciężkiego obowiązku”.

Wzniosłem też toast za zdrowie armii (w osobie oficera instrukcyjnego z Bielska, kapitana Kosińskiego). Wstał potem kierownik poczty i wzniósł gromkie moje zdrowie dodając „pan swoją obecnością nas tu demokratyzuje (?) niech żyje Marszałek Piłsudski! Niech żyje pan aptekarz! Niech żyjeeee!”. Toast powyższy był chyba dwudziesty.

By zerwać nareszcie szał toastów, krzyknąłem: proszę orkiestrę o hymn narodowy. Kończę bowiem tę miłą ucztę wzniesieniem zdrowia Pan Prezydenta Rzeczpospolitej. Niech żyje!”. I po zagraniu „Jeszcze Polska nie zginęła śniadanie musiało się prędko już zakończyć”.

Znaleźli się wprawdzie jeszcze amatorzy wznoszenia dalszych toastów /ciągle wódką/, ale ponieważ toast na cześć prezydenta może być tylko pierwszy lub ostatni, więc im musiano wytłumaczyć, że mogą własne tylko zdrowie i to w cichości wypić, co też lojalnie i sumiennie wykonali.

Tak odbyła się i zakończyła 6 maja 1928 roku pamiętna uroczystość wręczenia sztandaru ochotniczej straży ogniowej w Siemiatyczach.

opr. Jerzy Nowicki , Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz na podstawie „Pamiętników Henryka Ciecierskiego” /Arkana Kraków 2013/

na zdjęciu – parada straży pożarnej w Siemiatyczach na Rynku, lata 20. XX wieku, fot. Jankiel Tykocki

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

patronat

reklama

reklama

Do góry strony