reklama

Notatnik historyczny
11 września 2014 00:10

Pamiętnik z pierwszych dni września 1939

Ponad półtora roku temu w Bawarii w Niemczech, Roland Scheerer, nauczyciel i pasjonat historii, natrafił w jednym z antykwariatów na rękopis pamiętnika w języku niemieckim z lat 1938-39, który napisała mieszkająca wówczas w Polsce Niemka, nosząca nazwisko nieżyjącego męża – Olga Olschewski. Rzeczy opisywane w pamiętniku działy się w Łucku, Równem i w… Czartajewie koło Siemiatycz.

Pan Roland Scheerer natrafił w tekście na nazwisko Wołk. Szukając informacji przy pomocy internetu trafił na Adama Wołka. I cóż się okazało? Olga Olschewski była przed wojną boną do dzieci w rodzinie Wołków. Nauczyciel z Bawarii nawiązał kontakt z Adamem Wołkiem i niedawno odwiedził nawet Siemiatycze i Czartajew, by poznać miejsca opisywane w starym pamiętniku.

Fragmenty pamiętnika drukujemy również dzięki uprzejmości Rolanda Scheerer’a.

 

Czartajew, dnia 8 września 1939 r.

Dzień w dzień, najwyraźniej zaś wcześnie rano, słychać odgłos w powietrzu, podobny do oddalonego toczącego się  grzmotu. Jak się dowiedzieliśmy, są to niemieckie samoloty, rzucające bomby na most nad Bugiem oraz strzały artylerii przeciwlotniczej, stojącej tam dla obrony. Most jest niedaleko od nas i do tej pory jeszcze nie zburzony. Na oddalone o cztery kilometry miasteczko Siemiatycze spadły podobno też bomby, ale nie wyrządziły żadnych szkód. Mówi się, że wczoraj miasto Sokołów zostało przez niemieckie bombowce zbombardowane, zniszczone i spalone. Dokładniej nic nie wiadomo, bo wszyscy ludzie oczekują w ciszy tego, co ma nastąpić. Przedwczoraj poszłam z Krzysiem do pobliskiego lasku. Kiedy z niego wracaliśmy przez pole marchwiowe do domu, leciały bardzo nisko nad naszymi głowami trzy ciemnozielone samoloty. Spojrzałam na nie w górę i wyraźnie dostrzegłam polski znak. Zleciały za szopą na ściernisko, ale zanim ludzie dobiegli, wzbiły się znowu. Dzieci mówiły, że mężczyźni zwracali się do nich z pytaniami, których te jednak nie rozumiały. Nikt nie wie, co to były za samoloty. Pan Ejsymontt, który dzierżawi posiadłość pana Wołka, natychmiast zatelefonował do Siemiatycz i powiedziano mu, że trzeba było zatrzymać te samoloty.
Dzisiaj latają nad nami nieustannie niemieckie samoloty, a powietrze wypełnia odgłos podobny do grzmotu. Nasz domek w ogrodzie jakby murem otaczają stare wysokie lipy. Za płotem ogrodu jest domek dzierżawcy, również otoczony wysokimi drzewami. Około południa krążyły nad nim  przez dłuższy czas samoloty. (…) W nocy z siódmego na ósmego przybyło do pana Ejsymontta wielu uciekinierów. Nieżonaty hrabia w drodze do swojej matki oraz kilku ziemian wraz z rodzinami, którzy uciekają na Litwę dużymi wozami zaprzężonymi w piękne, silne konie. Wieczorem widzieliśmy trzy blisko siebie lecące niemieckie oraz cztery trochę mniejsze, wyżej lecące, lśniące samoloty. Nagle nastąpiły dwie detonacje, tak silne, że nasze drzwi i okna zatrzęsły się, potem kilka słabszych.

Po kilku minutach zaczerwieniło się niebo ze strony Siemiatycz, dym w ciemnych chmurach wzniósł się ku niebu i wąska czerwona smuga zabarwiła wieczorne niebo. Dokładnie po przeciwnej stronie zachodziło słońce. Pięknie, na czerwono, majestatycznie, wycofywało się powoli za ciemną chmurę, jakby zasłaniało promienne oblicze przed okrucieństwem wojny.

 

9 września 1939 r.

Mamy ciągle jeszcze ciepłe dni, wyschnięta ziemia została dziś w nocy nasączona szczodrym deszczem. Od jakiegoś czasu noce są bardzo niespokojne: hałaśliwy, wzmożony ruch na o pół kilometra oddalonej szosie, głosy, gruchot wozów, rżenie koni i czasem samochody. Wiemy, że w lasku należącym do majątku siostry pana Wołka, armia odkupuje konie od ludzi. Wczoraj byłam z dziećmi u tej ciotki. Ona jest bezdzietna, jej mąż, pan Warczuk, handluje zbożem w Siemiatyczach.

 

11 września 1939 r.

Pan Wołk wrócił  do nas z Równego, ja jeszcze z nim nie rozmawiałam. W nocy na szosie słychać było nadzwyczajny hałas, tak że nikt nie mógł spać. Niezliczone samochody jadą do Siemiatycz. Nikt nie wie, co się dzieje. Jest szósta, nie mogę dłużej wytrzymać tej niepewności, muszę się przekonać, co to jest, pójdę do szosy i jak się uda, do Czartajewa Podleśnego.
Na drodze do szosy napotykam panów Wołka i Ejsymontta, którzy wracali do domu, nie doszli jednak dość blisko do szosy i nie wiedzą, co tam się rozgrywa. Ja idę dalej. W ogromnym pośpiechu, osłonięte tumanem kurzu, posuwają się niezliczone, różnej wielkości samochody pancerne oraz wypełnione żołnierzami otwarte samochody ciężarowe. Z tych zakurzonych żołnierzy potrafiłam tylko tyle rozróżnić, że nosili szare, a nie zielone mundury, że mieli hełmy stalowe, niektórzy zaś czarne berety, takie jak widziałam w Równym, i wzięłam ich za wojsko polskie. Sygnały rozbrzmiewały jakby z powietrza, ostatnie samochody przemknęły, droga była wolna. Pośpiesznie przeszłam na drugą stronę. Po krótkiej przerwie znów rozbrzmiały sygnały i samochody zapełniły ponownie drogę.
Przez pole i łąkę biegłam do ogrodu, tu wyszła mi naprzeciw pani Warczukowa i spytała: - Cóż to? Opowiedziałam, co wiedziałam. Pan Warczuk, który stojąc pod krzakiem bzu patrzył przez lornetkę, zawołał: - Nie mogę pojąć, co się dzieje.
Postanowiono, żeby pani Warczukowa poszła ze mną do dzierżawcy i od niego zatelefonowała do Siemiatycz, żeby uzyskać pewność. Kiedy zbliżałyśmy się do szosy, znowu rozbrzmiały owe sygnały, droga była wolna. Przebiegłyśmy na drugą stronę i usiadłyśmy na blisko leżącym wielkim kamieniu, żeby lepiej móc obserwować samochody. Znów sygnał, znów pędzące samochody, które nam nic nie mówiły. Szłyśmy dalej.
Przed bramą do ogrodu zebrały się grupy ludzi.

Nagle na podwórze dzierżawcy wjechał samochód pełen żołnierzy i rozwiązał zagadkę: To byli Niemcy. Jednocześnie dzierżawca powiadomił, że Siemiatycze już nie odpowiadają, połączenie telefoniczne zostało przerwane. W milczeniu powracali wszyscy do domów. Po tym pierwszym samochodzie nadjechały inne, ale wszystkie pędziły przez podwórze spiesząc dalej.

Poszłam z koszyczkiem do wsi, żeby zrobić zakupy w sklepie, ale drzwi były zamknięte. Weszłam przez kuchnię. Sklepowa oświadczyła: wszystko wyprzedane, nie prowadzę już sklepu, ale w miasteczku można jeszcze wszystko dostać.
Kiedy z tą wiadomością wróciłam do domu, pani wysłała mnie natychmiast razem z Ireną do Siemiatycz. Szłyśmy ścieżką przez łąki i pola. Jak doszłyśmy do drogi, zauważyłyśmy samolot krążący wysoko po niebie. Nagle rozległy się strzały. Jakaś kobieta na polu pomachała do nas, podbiegłyśmy do niej i rzuciłyśmy się wszystkie przy pobliskim krzaku na ziemię. Terkot strzałów rozbrzmiewał coraz silniej i silniej, samolot leciał dalej. Jak myśmy się już podniosły, mała Irena, ciągle jeszcze przestraszona, ale zdziwiona, pomacała się po plecach i powiedziała: kule spadły na moje plecy, paf, paf, paf, usłyszałam, a w sukience jednak nie ma dziury. Musiałyśmy się zaśmiać.

Poszłyśmy dalej i jak dochodziłyśmy do ulicy i rzeźni, zobaczyłyśmy dużo samochodów  i niemieckich żołnierzy. Kobieta, żona woźnicy majątku, chciała zawrócić, ale usłyszawszy, że znam niemiecki, poszła ze mną.
Od rzeźni wzdłuż ulicy po obu stronach stały czołgi i odkryte samochody, wokół stali uzbrojeni żołnierze, rozstawiono straże. Podeszłam do nich pozdrawiając, a oni powiedzieli, że droga do miasta jest wolna. W krzakach na poboczu zauważyłyśmy wiele samochodów. Na podwórzach w przedmieściu było wszędzie pełno żołnierzy i samochodów. Wskutek pożaru wywołanego przez bomby wszystkie domostwa przy całej ulicy Czartajewskiej były spalone, gdzie drewniane domy pokryte były tylko strzechą albo gontem. Około osiemdziesiąt domów zostało spopielonych, sterczą tylko czarne kominy i opalone drzewa owocowe. Dwie kobiety padły ofiarą tego ognia. Na łące przy ulicy zostały zabite pasące się krowy księdza. Poza tym oprócz bezdomności rodzin żadnych innych szkód. W mieście wszystko było zamknięte, Żydzi siedzieli na stopniach schodów przed ich sklepami, kobiety i dzieci, prawie wyłącznie Żydzi, przyglądali się samochodom i żołnierzom z lękiem i ciekawością jednocześnie. Niemcy przeprowadzili grupę polskich żołnierzy i cywili z tobołkami na plecach przez miasto do kościoła. Kościół, który był kiedyś klasztorem, jest ogrodzony silnym murem. Zwykle zamknięta brama była otwarta, w niej stali uzbrojeni żołnierze, jeden był zajęty usuwaniem przymocowanego na murze kościelnym białego orła. Nad murem kościelnym stoi figura Anioła Michała z mieczem w ręku, na którą przechodząc tak chętnie spoglądałam, bo on przedstawia symbolicznie zwycięstwo dobrego nad złem, sprawiedliwości nad niesprawiedliwością, zwycięstwo mocy boskiej nad diabelską.

Znowu przeprowadzono kilku jeńców za gruby mur. Po prawej stronie od bramy stoi krzyż kamienny przypominający  pomnik, na którym jest napisane: W tym znaku zwyciężysz.
Trochę dalej bardzo stara figura, przedstawiająca Chrystusa w prawie ludzkiej wielkości, siedzącego na kamieniu, jakby zamyślonego, głowa podparta jedną ręką, druga spoczywa na kolanach. Dalej postać Maryi, prawdopodobnie też bardzo stara. Dalej między kościołem a murem drewniane drzwi w murze poprzecznym tak, że objęty przez mur obszar tworzy półkole.
Spojrzałam znowu na mur. Żołnierz nadal zajmował się usuwaniem białego orła. Orzeł, symbol wolnego silnego ludzkiego ducha, co prawda może on zostać ranny i skuty w kajdany, ale jego rany wygoją się, kajdany zerwie. On będzie się zawsze wznosić, jego siła jest nie do pokonania. Ty, wyposażony w maszyny, stal i żelazo, uzbrojony niemiecki żołnierzu, nie zwyciężysz go.

Nic nie kupiwszy wróciłyśmy do domu. Po drodze zapytał nas jeden żołnierz (niemiecki – przyp. red.) czy da się w mieście zdobyć elektryczne latarki. Jak usłyszał, że wszystko było zamknięte, a my nie dostałyśmy nawet chleba, przyniósł dwa chleby wojskowe. Chciałam mu za nie zapłacić, ale on nie chciał pieniędzy. Powróciłyśmy do domu bez żadnych innych przygód, te dwa chleby dałam woźnicowej, która ma liczną rodzinę. Wieczorem przybyły znów samochody na podwórze dzierżawcy. Poszłam z dziećmi do bramy, tutaj zobaczyliśmy stojących przed domem dzierżawcy pana Wołka, pana Ejsymontta z jego rodziną i z uciekinierami, też kilku pracowników. Otoczeni byli przez niemieckich żołnierzy, którzy strzelali w powietrze najpierw z karabinu, potem z rewolweru - broni znalezionej u dzierżawcy. Zbliżałam się, dzieci bały się i zostały z Zosieńką na miejscu. Żydówka, która uciekła z Siemiatycz, była tłumaczem.

- O siódmej godzinie ma być zamknięty dom, nikomu nie wolno wychodzić. Światła palić jak najmniej - brzmiały rozkazy dowódcy. -  Nie wolno ukrywać polskich żołnierzy. Będziemy pełnić wartę i szukać polskich żołnierzy. Kiedy zapukamy, należy nam otwierać. Wróciłam do bramy ogrodowej, tutaj stała babcia i kliku Żydów, którzy dzierżawili ogród od ośmiu lat. Opowiedziałam, co usłyszałam. Dowódca podszedł do bramy, razem poszliśmy do Żydów w ogrodzie.

- Gdzie mieszkacie? - zapytał dowódca. Pokazali mu podpiwniczoną drewnianą chatę i kilka pod strzechą. - Skąd jesteście? - Z Sokołowa. - Dlaczego jest was tu tak dużo?
- Uciekliśmy z miasta Sokołów, bo zostało zbombardowane.
Wszyscy Żydzi byli bardzo bladzi i przestraszeni, jedna z Żydówek prawie że zemdlała. - Niech Pani usiądzie - zwrócili się do niej żołnierze. - I nie bójcie się. Potem poprosili o jedno jabłko dla każdego żołnierza, podziękowali i poszli do ogrodowego domku. Babcia pokazała im wszystko, też prawie pustą spiżarnię, i powtarzała ciągle: - Proszę! Stojąc przy schodach na strych, spojrzeli przez otwarte drzwi na górę. - Proszę! - powtórzyła znowu kobieta, a oni uznali, że nie warto wchodzić, i wrócili do pokoju stołowego. Tu dowódca stanął przed obrazem Marszałka Piłsudskiego i powiedział coś, czego dobrze nie zrozumiałam. Podeszłam więc bliżej i spytałam: - Co Pan powiedział, zdjąć? - Nie - odparł. - To był mądry i szlachetny człowiek, gdyby on jeszcze żył, my nie bylibyśmy tu i nie byłoby wojny. Stał jeszcze chwilę przed obrazem, potem odwrócił się i powiedział: - Będziemy tu dziś pełnić wartę nocną. - I odchodząc zapytał: - Mają Państwo też ministra Becka?

Na moją zaprzeczającą odpowiedź dodał: - Został złapany i kopie u nas ziemniaki.

12 września 1939 r.

Zeszła noc była spokojna. Niemcy nie wracali. Cały dzień grzmiały armaty ze strony Ciechanowca. Zapewne toczyła się tam bitwa. U nas było cały dzień spokojnie. Samoloty nad nami i samochody na szosie należą teraz do porządku dnia. Już się nie boimy, ani nie dziwimy.

13 września 1939

Niezliczone samochody podążają znowu szosą, dniem i nocą. Dokąd? Skąd? Nikt nie wie. Dużo, dużo samochodów przybywa do wsi. Wieś, także i szkoła, pełna jest żołnierzy. Teraz pojawiają się też na podwórzu dzierżawcy. I ogród pełen jest samochodów i żołnierzy. Ciemna, ciężka chmura burzowa zbliża się z zachodu i dalej przesuwa się na północ. Całe ciemniejące niebo przeszywają pioruny, ale grzmotów prawie nie słychać. Chociaż jest dopiero piąta, zrobiło się tak ciemno, jakby był już późny wieczór. Odgłos grzmotów wzrasta, jaskrawe pioruny przeszywają niebo, pada. Mam takie odczucie, jakby gniew i zemsta Boga nadciągały na cały świat.
Po niezbyt silnym deszczu znów się rozjaśniło. Żołnierze poszli do Żydów po jabłka. (...) W drodze powrotnej do domu, żołnierze spytali mnie, skąd tak dobrze znam niemiecki. Jak usłyszeli, że jestem Niemką z Wołynia, i że tylko wojna zmusiła mnie do tego, by tu zostać, powiedzieli: - Myśli Pani, że my tu jesteśmy chętnie? - Jeden żołnierz poszedł ze mną do ogrodu. Patrząc na Krzysia, powiedział z tęsknotą: - Mam dwoje dzieci, jednego takiego małego chłopca jak ten pozostawiłem w domu.
Na moje pytanie, gdzie jest jego dom, odpowiedział: - Proszę zrozumieć, że nie mogę Pani udzielać takich informacji.
Z pewnością obawiał się on, że będę zadawać jeszcze więcej pytań. Potem pochylił się nad małym i spytał: - Nie boisz się mnie? Mały zrobił przekorną minkę, ścisną mocno wargi i spojrzał na ziemię. Mężczyzna spytał znowu: - Nie boisz się mnie? Nie? Ostatnie słowo mały zrozumiał dobrze. Spojrzał odważnie w oczy żołnierza i powiedział poważnie: - Nie!
Oczy niemieckiego żołnierza rozjaśniły się. Pocałował chłopca w czoło i oddalił się, pozdrawiając na pożegnanie. Długo nie mogłam zasnąć tej nocy. Patrząc w okno widziałam wiele latarek, które się w ogrodzie zapalały, to znów gasły. (...)
Młoda kobieta, której mąż jest na wojnie, to znaczy w armii, zapoznała wieczorem dwóch niemieckich żołnierzy. Ta nieprzyzwoita bezdzietna kobieta zaprowadziła ich do mieszkania, które zamieszkuje całkiem sama ze starą matką swojego męża, i otrzymała od nich trochę herbaty i kilka kilogramów cukru.

W nocy przyszli więc ci żołnierze. Tej kobiecie udało się uciec przez korytarz sąsiadów, którzy nie wiedzieli co się dzieje, schowała się na posłaniu ze słomy wśród ludzi, którzy tworzyli liczną rodzinę i przechowywali u siebie licznych krewnych uciekinierów. Wzięła w ramiona najmniejsze dziecko, przytuliła się do jednego z mężczyzn i leżała cicho. Zanim śpiący ludzie zorientowali się, o co chodzi, nadeszli wściekli żołnierze, wyrwali córkę tych ludzi z posłania i nie zwracając uwagi na jęki, płacz kobiet i sprzeciw rodziców, wzięli dziewczynkę w ramiona i udali się w ciemności w kierunku swojego obozu. Dziewczynka jednak tak głośno lamentowała i wołała o pomoc, że obudzili się sąsiedzi i zaświecili światło. Wkrótce potem dziewczyna wróciła. Napastnicy nie mogli zostać odnalezieni ani ukarani, ponieważ dziewczynka ich nie rozpoznała. Winna kobieta zaś uciekła natychmiast w nocy, jak powiedziała matka, do jej mieszkającego kilka kilometrów stąd ojca.

Niedługo potem przyszedł pasterz i poinformował, że brakuje czterech baranów i sześciu owiec. Nie mógł policzyć stada przy wyganianiu z obory, gdzie spali żołnierze, i dopiero na polu zauważył ich brak. Było już za późno, ponieważ ostatnie samochody wyjeżdżały przez bramę. Zawołano nocnego stróża, który przyznał, iż około jedenastej żołnierze przystawili mu do piersi rewolwer i wysłali go do domu. Nieco później zorientowano się, że wszystkie ule były zatkane papierem i że miód  pozostawiony pszczołom już na zimę został skradziony.

18 września 1939 r.

Pan Wołk znowu pojechał, ja muszę zostać tu z dziećmi. Jednak jest prawdą, że Niemcy zawarli układ z bolszewikami. Sowieci wypowiedzieli wojnę Polsce. Pakt o nieagresji jest nieważny i niebyły. Bolszewicy pojednani z Niemcami - do tego to doszło! Brak mi słów, zostają tylko łzy. Najgłębszy ból jest głuchy, odzwierciedlają go tylko łzy. Nasze radio już nie odbiera, już nie wiemy, co się dzieje w świecie.
Dziś wieczorem przyjechało znowu dużo samochodów z żołnierzami do wioski i na podwórze dzierżawcy. W ogrodzie nikogo nie ma.

 

(Fragmenty z dzienników Olgi Olschewskiej z niemieckiego przełożyły Agnieszka Scheerer-Palak i Małgorzata Palak-Sieńko. Wszystkie prawa u autorek tłumaczenia).

opr. Jerzy Nowicki, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz


Na zdjęciach:

- Kartka z pamiętnika ze zdjęciami wychowanków Olgi Olschewski,
- Roland Scheerer podczas wizyty w naszej redakcji, fot jsw

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

reklama

ślubna
scena

reklama

patronat

patronat

patronat

reklama

Do góry strony