reklama

Notatnik historyczny
26 listopada 2014 15:34

Kiedy nasi dziadkowie byli obywatelami Sowietów

29 listopada będziemy obchodzić szczególną, dzisiaj niesłusznie zapomnianą – zwłaszcza w świetle dzisiejszych wydarzeń na Wschodzie – rocznicę: minie 75 lat od wydania przez Radę Najwyższą ZSRR dekretu o przymusowym nadaniu obywatelstwa sowieckiego wszystkim obywatelom polskim, którzy na dzień 2 listopada 1939 r. znajdowali się na terenie włączonym do tzw. Zachodniej Białorusi (także uciekinierom spod okupacji niemieckiej).

Od tego dnia nasi przodkowie stali się bez pytania „grażdaninami” ojczyzny komunizmu, a od maja 1940 r. zaczęli otrzymywać sowieckie „paszporty wewnętrzne” z sierpem i młotem oraz czerwoną gwiazdą.

Wojska bolszewickie wkroczyły do Siemiatycz 29 września, po opuszczeniu miasta przez Niemców, którzy zajmowali je przez ponad dwa tygodnie od 11 września. Bolszewicy weszli po raz drugi na przestrzeni niewielu lat – za pierwszym razem byli tu w marszu na Warszawę w 1920 r. Tym razem zajęcie Siemiatycz przez Armię Czerwoną było realizacją paktu Ribbentrop – Mołotow i podpisanego w ślad za nim 28 września traktatu sowiecko – niemieckiego o granicach i przyjaźni wyznaczającego na Bugu linię podziału terenów okupowanych przez Hitlera i Stalina.

Sowieci byli witani bramą powitalną zbudowaną przez miejscowych komunistów i sowiecką agenturę. Istniał już, przygotowany na taki rozwój wydarzeń komitet robotniczo – chłopski, który następnie na krótko, do czasu utworzenia struktur regularnej władzy sowieckiej, przekształcił się pod okiem NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR) w Tymczasowy Komitet Rewolucyjny. W jego składzie byli miejscowi Żydzi, chłopi – Rusini z okolicznych wsi, a także Polacy. Z miejscowych została sformowana milicja, również tajna.

W październiku władze sowieckie zarekwirowały zabudowania poklasztorne, w których do 1 września mieściły się urząd skarbowy i plebania. Sowieci urządzili w nich koszary dla wojska. 22 października odbyły się „wybory” do zgromadzeń ludowych. 28–30 października 1939 r. obradujące w Białymstoku Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Białorusi uchwaliło ustanowienie władzy sowieckiej na okupowanych obszarach i zwróciło się z prośbą do Rady Najwyższej ZSRR „o włączenie tych ziem do Zachodniej Białorusi dla upamiętnienia ich wyzwolenia spod panowania polskiego burżuazyjnego ciemiężcy”. Wypadki biegły szybko. Już 2 listopada 1939 r. Prezydium Rady Najwyższej ZSRR w odpowiedzi na „głos ludu” włączyło Zachodnią Białoruś do Białoruskiej SRR. Dla miejscowej ludności było to jednak przede wszystkim ważne święto prywatne i religijne - Dzień Zaduszny.

29 listopada Komitet Centralny Komunistycznej Partii (bolszewików) Białorusi podjął decyzję o likwidacji administracji tymczasowej i zastąpieniu jej stałymi organami władzy sowieckiej. Zgodnie z nowym podziałem administracyjnym Siemiatycze, dotychczas w powiecie bielskim, (wraz z Hajnówką i Kleszczelami) weszły w skład obwodu (oblasti) brzeskiego.

Rozpoczęły się wywózki na Syberię (w największym siemiatyckim transporcie, z 30 czerwca 1940 r., 1085 osób). Wielu mieszkańców stanowiących „element niepewny” otrzymało nakaz wyjazdu poza strefę graniczną.

7 listopada 1940 r., w rocznicę rewolucji październikowej, na Rynku w Siemiatyczach stanął pomnik Lenina (mniej więcej w tym samym miejscu, w którym za czasów carskich znajdowała się kaplica Aleksandra Newskiego upamiętniająca uśmierzenie powstania styczniowego).

Siemiatyczanie spisali z tamtego okresu niewiele wspomnień. Nie sprzyjała temu wojna a potem długa kilkudziesięcioletnia epoka komunizmu. I strach. Nic dziwnego. Jeszcze w 1986 r., podczas rewizji w moim warszawskim mieszkaniu SB próbowała (bezskutecznie) skonfiskować maszynopis zapisu wspomnień syberyjskich Władysławy Kosińskiej (opublikowanych później w „Głosie”) z argumentacją, że jest „materiałem antypaństwowym”.

W 1987 r. spisałem trochę notatek o tamtych czasach na podstawie rozmowy ze swoim ojcem. Podczas okupacji sowieckiej miał 18–19 lat:

W naszym domu na górze w 1940 r. mieszkała rodzina Konowałowów, skierowanych tu z Homla. Ona była sekretarzem partyjnym, on lekarzem. Tylko dzięki nim uniknęliśmy wywózki. Posłuchaliśmy rady. Powiedzieli nam zaraz po tym, jak dostaliśmy sowiecki dowód osobisty z naznaczeniem obywatelstwa: „Wyjeżdżajcie stąd najdalej, jak możecie. Żeby nikt o was nie wiedział”. Tak też zrobiliśmy (wyjechali do wsi Kiersnowo pod Brańskiem – przyp.). Bez ojca. Jego zabrało NKWD. Przyszli, kazali się ubrać i iść za sobą. Zrobili rewizję. Nic nie znaleźli. Szukali pobieżnie. Nie wiedzieliśmy, po co ojca zabrali. Twierdzili, że do wyjaśnienia. Za kilka godzin ktoś przybiegł i powiedział, że wiozą go na stację a dalej pojadą do Brześcia. Wtedy też zabrali i wywieźli drugiego burmistrza – Mieczysława Lankau’a. O tym, że ojciec jest w Brześciu, dowiedzieliśmy się dopiero po roku, z listu od niego. Tam podobno go w ogóle nie badali, nie prowadzili śledztwa. Pracował w twierdzy w kancelarii. Dostał osiem lat „robót poprawczych”. Bez sądu, procesu. (…) W Brześciu siedział około roku. W marcu 1941 r. powieźli go do obozu. Od tego czasu, do czerwca (wybuchu wojny), zdołaliśmy wysłać mu trzy paczki. Udało się nam je wysłać dzięki znajomości pracownika pocztowego na kolei w Białymstoku, który je jakoś tam upychał. Żeby dostać się do Białegostoku, musiałem mieć zaświadczenie od lekarza, że muszę jechać, aby leczyć się na oczy. Nie było swobody poruszania się. Z Kalnicy do Bielska pieszo, a dalej koleją. Bez odpowiedniego zaświadczenia nie sprzedawano biletu. Raz jechałem z Brańska do Bielska dorożką, ale przeważnie pokonywałem tę drogę pieszo.

U okulisty udawało mi się otrzymywać polecenia dalszych przyjazdów na leczenie. Przekonywałem, że one bardzo mocno mi dolegają, ponieważ była to jedyna szansa jazdy. Każda paczka musiała być zapakowana w skrzynkę z dykty albo drewnianą i umieszczona w worku z płótna. W Białymstoku przy okazji stałem w kolejkach po cukier. Tylko w takich miastach można było go dostać, np. w Brześciu.

Dla przedpoborowych, takich jak ja, były organizowane różne zajęcia np. tzw. marsz woroszyłowski w moim przypadku na trasie: Kiersnowo – Brańsk – Rudka i z powrotem (ok. 25 km) pieszo. Szliśmy grupami, zimą. W Brańsku czekały na nas landrynki, za pieniądze. Ale i tak była radość! Konfiety!

Mama szyła, pomagała w polu. Drzewo na zimę sami ciągaliśmy z lasu. Woziłem wozem z Kiersnowa do Bielska kamienie. To był szarwark. Budowali dla Sowietów letnisko. Trzeba było je wozić 20 km.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich powitanie urządził im komitet robotniczo - chłopski. Wydrukował legitymacje, powołał milicję do pilnowania porządku. Stało się to tuż przed wejściem Sowietów. Pamiętam oddział sowieckiej piechoty idący od strony Ciechanowca. Za nim przyszły inne oddziały. Komitet robotniczo - chłopski zaczął funkcjonować obok władz wojskowych jako niby samorządowy, ludowy organ władzy.

 

Szybko pojawiła się sowiecka rzeczywistość. W sklepach drzwi były zastawione tak, aby nikt do wewnątrz nie wszedł. W sklepach spożywczych przez maleńkie okienko sprzedawano cukier, mierzony jakąś miarką (rzekomo 1 kg) i wsypywany do woreczków, które klienci przynosili ze sobą. Nie było kartek. Ten, kto miał siłę stać w kolejce, dostawał cukier. Widziałem taką sprzedaż w Białymstoku. Jeździło się po cukier po kilkadziesiąt kilometrów. Gdy ktoś dowiedział się, że sprzedają cukier, to np. rolnik zakładał konia do wozu i jechał. Zajmowało to cały dzień. Początkowo tylko z cukrem były takie problemy. Później jednak praktycznie było tak ze wszystkim. Ludzie uganiali się szczególnie właśnie za cukrem i wódką. Inne produkty spożywcze chłopi mieli swoje. Nafta była. Trudniejsze życie mieli natomiast ludzie z miasta. Były sklepy, ale zaopatrzenie było bardzo złe. Poprawiło się dopiero w 1941 r., wtedy np. w Białymstoku sprzedawano nawet kołdry, białe płótno, aparaty fotograficzne. Nie można jednak było tego porównać do zaopatrzenia w Polsce przed wojną. Wtedy można było kupić to, co się chciało. Gdy czegoś akurat nie było, to właściciel sklepu zamawiał i za kilka dni można było tę rzecz dostać. Przed wojną nikt nie znał kolejek. Nie wiedział, że coś takiego może istnieć. Dopiero za okupacji sowieckiej nastały kolejki, bo u nich było to czymś zwyczajnym. Brak odpowiedniej liczby sklepów, brak towaru, nierytmiczne dostawy - i musiały pojawić się kolejki. Nikt nie patrzył, co kupuje. Jak pojawiły się kalosze, to liczyli tylko na pary. Nikt nie zwracał uwagi na kolor, wygląd, numer. Każdy brał duże i wtedy każda noga wlazła.

 

Przez pierwszy rok to chyba nic nie dostarczali ze Związku Radzieckiego, tylko sprzedawali zapasy nagromadzone na tym terenie. Trochę tu produkowano, np. w Grodnie znane sprzed wojny rowery " Niemen".

 

Do Brześcia ludzie jeździli po wódkę. Jak tylko ktoś powiedział, że tam ją sprzedają, wsiadali do pociągu i jechali. Ponieważ wódki nie było. A co było? Chleb to na początku jeszcze został z zapasów. Był czas wojenny, więc ludzie trochę chleba trzymali. Nie pędzili samogonki. Jakoś wtedy tego nie znali. Zaczęli to robić dopiero za Niemców.

 

W 1940 r. na rynku zbudowano pomnik Lenina, odsłonięcie było na rocznicę " rewolucji", zrobili "kultmag" (sklep z książkami, artykułami do fotografii itd.). Sklepy prywatne funkcjonowały aż do wyczerpania zapasów towarów. Wtedy sklep musiał być zamknięty. Właścicielowi dawano "wilczy bilet" i kazano wyjeżdżać ze strefy nadgranicznej albo wprost wywożono na Syberię. Zapis w dowodzie "torgowiec" niewiele różnił się od "przestępcy".

Sklep ojca został przejęty z uzasadnieniem na piśmie, że "nie chcieli sprzedawać, a skupowali towary i sprzedawali po spekulacyjnych cenach". Oczywiście nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością, ale wystarczyło do zamknięcia sklepu i aresztowania. Dowiedziałem się o tym dopiero po rozbiciu miejscowego NKWD, kiedy ktoś przyniósł teczkę z dokumentami dotyczącymi naszego sklepu. Komenda NKWD wszystko pozostawiła w ucieczce przed Niemcami. Każdy sobie wybierał potrzebne mu dokumenty. Był tam m.in. protokół, w którym niby spisano wszystko, co było w sklepie. Zmieniali go jednak może pięć razy i za każdym razem wpisywali mniej towarów. Wszyscy musieli przecież wziąć coś dla siebie. Nikogo nie obchodziło, z czego właściciel miał się utrzymać. Ci, którzy nie mieli styczności z rolnictwem starali się gdzieś od kogoś dostać jakiś zagonek, obrabiać go, sadzić warzywa.

Rzemieślnicy prowadzili swoje małe zakładziki. Spółdzielnie rolnicze nie były tworzone od razu, bo wszyscy poumieraliby z głodu. Rolnicy byli obciążeni obowiązkowymi dostawami. Kołchozy, sowchozy powstawały w majątkach właścicieli, którzy byli usuwani, chyba że sami wcześniej uciekli. Przeważnie jednak uciekali. Wiedzieli bowiem, co się święci”. (…)

 

Czas i nasze życie upływają szybko. Zostało niewiele osób, dla których okres „za pierwszego Sowieta” był osobistym przeżyciem. Żyjący, poza wyjątkami, byli wtedy dziećmi. Warto, żeby w jakiejś formie podzielili się swoimi wspomnieniami, aby zachować jak najszerzej i najpełniej świadectwo tamtego okresu naszej narodowej i miejscowej historii, wspólnego bolesnego doświadczenia i cierpień. Ludziom „stąd” nie trzeba było tłumaczyć, czym był komunizm i jaki należało mieć do niego stosunek. W dużym stopniu dzięki lekcji danej nam przez „pierwszego Sowieta”.

Marek Antoni Nowicki, Kurier Podlaski - Głos Siemiatycz

Na zdjęciu: 19 września 1939 - nieistniejący dzisiaj budynek ul. 11 Listopada 1 w Siemiatyczach. Niemcy zbierali się wtedy do odwrotu. W dniach 27-29 września wkroczyła do Siemiatycz Armia Czerwona.

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

patronat

reklama

Do góry strony