reklama

Notatnik historyczny
07 czerwca 2015 00:23

Spod Monte Cassino do Siemiatycz Stacji

W tym roku minęła 70. rocznica zakończenia II wojny światowej. Jest to dobra okazja, żeby przypomnieć Czytelnikom wydarzenia tamtych czasów. Proponujemy Państwu historyczny cykl, w którym głos oddamy nieżyjącym już dziś bohaterom tej wojny, naocznym świadkom historycznych zdarzeń, także osobom, które spisywały te wspomnienia.

Mirosław Leszczak, nasz nieżyjący już kolega, współzałożyciel Głosu Siemiatycz, zbierał takie materiały. Często w tym mu pomagali uczniowie Zespołu Szkół w Siemiatyczach, gdzie był nauczycielem. Korzystając z archiwum, które Mirek zostawił w redakcji, prezentujemy dziś opowieść Jana Hajdukiewicza.

 

Jan Hajdukiewicz urodził się w 1912 roku w Krasnej Wsi koło Bociek. W tym samym roku rodzina przenosi się do Brześcia Litewskiego. W 1935 roku zostaje powołany do zasadniczej służby wojskowej i 15 miesięcy służy w Zapasowej Kompanii Szkolnej w tym mieście. We wrześniu 1939 roku po rozpoczęciu się działań wojennych zgłasza się do jednostki macierzystej. Dostaje przydział jako sanitariusz w szpitalu polowym nr 92. Spod Brześcia jako żołnierz przechodzi trasę Terespol – Międzyrzec – Siedlce – Mińsk Mazowiecki.

Wspomina pan Jan:

Z ziemi włoskiej do Polski

„20 września właśnie koło Mińska zostałem ranny i dostałem się do niewoli niemieckiej. Wywieziono nas do Prus i osadzono w miejscowości Prostki w obozie przejściowym. Stamtąd wraz z kolegą z Brześcia, Janem Wawrzynikiem, uciekliśmy. Chcieliśmy dotrzeć do granicy rumuńskiej, lecz gdy dowiedzieliśmy się, że pod Górą Kalwarią są jeszcze oddziały Wojska Polskiego, że tam jeszcze trwa walka, mieliśmy nadzieję, że się do nich przyłączymy. Niestety, wpadliśmy w ręce Rosjan. Wywieziono nas do Rosji. Pracowałem w miejscowości Suchobezvodnoye, a następnie przewieziono nas do Workuty. W 1941 roku wypuszczono mnie z obozu. Postanowiłem zgłosić się do formującej się właśnie w ZSRR Armii Polskiej. Stanąłem przed komisją wojskową. We wrześniu 1941 roku przydzielono mnie do 5 Dywizji Piechoty. Byłem kierowcą sanitarki w kompanii sanitarnej. Początkowo staliśmy w Tatiszczewie, a potem przesunięto nas do miejscowości Dzabał-Abadu. Na przełomie marca i kwietnia 1942 roku ewakuowano nas przez Morze Kaspijskie do Iranu. Z Iranu przeszliśmy piechotą do Iraku. Tam nastąpiło przeformowanie i odtąd już, aż do końca wojny, służyłem w 5 Kresowej Dywizji Piechoty pod dowództwem gen. Zygmunta Bohusza-Szyszko. W drugiej połowie 1943 roku przetransportowano nas przez Palestynę do Egiptu, a następnie – na początku 1944 roku – drogą morską do Włoch. „Wyładowaliśmy się” w porcie Neapolu. Nasza 5 Kresowa Dywizja Piechoty weszła w skład II Korpusu Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Zaś sam II Korpus wchodził w skład 8 armii brytyjskiej, którą dowodził gen. Oliver Leese.

Wspomnienia z Włoch

„Mieliśmy do utrzymania bardzo mały odcinek na lądzie. Niemcy pod silnym ogniem naszych wojsk uciekali. Pamiętam, jak zatrzymaliśmy się w pierwszym włoskim miasteczku, które nazywało się Toto. Było usytuowane na wzgórzu. Przyjechaliśmy nocą. Nasze samochody rozmieściliśmy w śródmieściu przy długiej, szerokiej ulicy. W głębi ulicy widać było duży piękny kościół. Rano, gdy wzeszło słońce ta główna ulica zdawała się wymarłą. Sądziliśmy, że jest to miasto umarłych… Około południa zaczęły gdzieniegdzie z domów wychodzić dzieci. Chcieliśmy od nich zaczerpnąć informacji. Tu chciałbym dodać, że języka włoskiego, jako żołnierze, uczyliśmy się wcześniej i niektórzy z nas w tym języku bardzo dobrze sobie radzili. Częstowaliśmy dzieci czekoladą, pokazywaliśmy im nasze samochody. Dowiedzieliśmy się od nich, że ich rodzice kryją się w domach, bo boją się nas. W ten sposób poprzez dzieci weszliśmy w kontakt z dorosłymi. Okazało się, ze Niemcy opowiadali im, że Polacy po zabiciu odcinają uszy i nosy, kobietom piersi. Pomału, ci sympatyczni ludzie przekonali się, że była to zwykła niemiecka propaganda.

Nasi księża w porozumieniu z księdzem z miasteczka odprawili wspólne nabożeństwo. Wojskowi kapelani pod baldachimem prowadzili miejscowego księdza. Na ulicę wyszły tłumy cywilów, już życzliwie do nas nastawionych. Następnego dnia ruszyliśmy dalej. Spotykaliśmy się z serdecznym przyjęciem Włochów. Wręczano nam kwiaty, częstowano winem, skandowano: „Polacco!”

W miasteczku Capriati był następny postój. Miasteczko to, jak i wiele innych we Włoszech, zbudowano na wzgórzu (na nizinach zaś Włosi uprawiali rolę). Tu staliśmy kilka dni. Pewnej nocy obudził mnie łącznik-motocyklista z naszego oddziału, podchorąży Władzio Kucharczyk. On swego czasu dostarczał nam pełne chlebaki amunicji, którą zostawiali Niemcy. Był to młody i bojowy wojak. Obudził tylko mnie. Byłem kierowcą samochodu w kompanii sanitarnej w 3 plutonie. Na samochodzie miałem namalowanego brązowego żubra 99 na żółtym tle. Na czarnym berecie miałem orzełka – godło państwowe, na naramiennikach – wąskie paseczki z napisem Poland. Wspominam o tym, ponieważ Władzio kazał mi pozrywać wszystkie te oznaki. Tak dostałem rozkaz wyjazdu pod Monte Cassino”.

Monte Cassino

„Moi koledzy z oddziału nie wiedzieli, gdzie przepadłem. A my jechaliśmy nocą na światłach pozycyjnych aż do przełęczy. Tam nasi saperzy kończyli budowanie drogi. Była ona prymitywna, wąska i jednokierunkowa. Prowadziła do pięknego wąwozu, z liściastymi drzewami. Rosły gęsto, stykając się ze sobą. W wąwozie od czasu do czasu po bokach były wnęki. W takiej wnęce można było zaparkować kilka samochodów. Zaparkowałem i ja swego pick-up’a. Mój samochód miał dorobione szyny na dwie pary noszy dla rannych. Gdy nastał dzień, zobaczyłem różne formacje naszego wojska. Pamiętam, jak żołnierze z łączności przeciągali druty. Dowiedziałem się, że są to przygotowania do szturmu na Monte Cassino. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że ma się zacząć 11 maja.

Następnego dnia przyjechali dwaj moi koledzy – kapral Rozkowski i podchorąży Tyliński. Swoje sanitarki też ustawili w mojej wnęce. Zrobiło się raźniej. Przyszła informacja o rozstawionych wokół góry działach różnego kalibru. Powiedziano nam, że u wylotu naszego wąwozu zorganizowano główny punkt opatrunkowy, obsługiwany przez trzech lekarzy z 3 Dywizji Karpackiej, a dalej znajduje się wielka polana, tzw. „dolina śmierci”.

Nasze oczekiwania na rozpoczęcie natarcia trwały 2 tygodnie. Aż pewnej nocy o godz. 23.00 rozpoczęła się strzelanina. Od błysków rozrywających się pocisków armatnich robiło się widno. Czekaliśmy na rozkazy. Rano wezwano nas na wyjazd po rannych. Pierwsze natarcie się nie udało. Dużo było zabitych i rannych, których wywoziliśmy z pola bitwy. Najbliższy punkt opatrunkowy został rozbity przez niemieckie pociski. Tu też byli zabici. Trzej lekarze byli ranni. Po prymitywnym opatrzeniu ran odwoziliśmy ich do punktu, który znajdował się znacznie dalej. Droga była bardzo niedobra. Przy którymś z kolei razie zjechałem trochę w bok, żeby nie rozjechać rannych. I tu stwierdziłem, że zepsuł mi się samochód. A to drut telefoniczny wplątał się w bęben koła. Natychmiast zawiadomiłem o zdarzeniu żandarmerię. Do czasu, gdy jechałem w przeciwną stronę, przewody telefoniczne już zostały naprawione. Po trzech dniach i po trzech nocach transportowania rannych i zabitych padłem ze zmęczenia. Spałem prawie 12 godzin. Nikt mnie nie chciał wcześniej budzić. A gdy wstałem i znów siadłem za kierownicę, dowiedziałem się, że nie muszę jechać na linię frontu, bo Niemcy odstąpili już w stronę Rzymu. 18 maja ujrzałem polski sztandar na gruzach klasztoru.”

Dom coraz bliżej

„Ale to nie był jeszcze koniec walki. Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu stanów osobowych pododdziałów ruszyliśmy dalej. W kolejnych bitwach zdobyliśmy Piedimonte, Anconę. Ciężkie walki trwały nad rzeką Senio. Aż w kwietniu 1945 roku zdobyliśmy Bolonię. W Bolonii spotkaliśmy się z żołnierzami amerykańskimi z 5 Armii amerykańskiej. To oni ogłosili nam zakończenie kampanii i wojny.

Mimo, że wojna się zakończyła, demobilizacja jeszcze nie nastąpiła. We Włoszech dostałem list od żony, która szukała mnie przez Czerwony Krzyż. Ten list odczytał na apelu nasz dowódca. Z niego dowiedziałem się, że żona Franciszka i córeczka Wandzia po wywózce na Sybir całe i zdrowe wróciły do Polski. Jeszcze przez 6 miesięcy pracowałem przy budowie cmentarza pod Monte Cassino. Następnie przewieziono nas do Anglii, gdzie do sierpnia 1946 roku przebywałem w obozie wojskowym w Lidink. Pracowałem tam w kuźni i jednocześnie starałem się o możliwość wyjazdu do Polski. Przecież nawet nie widziałem córki, bo urodziła się w 1940 roku, po tym, jak poszedłem na wojnę. Gdy w 1947 roku ogłoszono, że chętni mogą wracać do kraju, nie wahałem się. Miałem do kogo wracać.”

Jan Hajdukiewicz od 1952 roku mieszkał na Stacji Siemiatycze. Zmarł w 1988 roku. Otrzymał: Krzyż Walecznych, Medal Zwycięstwa i Wolności, Medal za udział w Wojnie Obronnej 1939r., Krzyż pamiątkowy Monte Cassino, Odznakę Pamiątkową 5 Kresowej Dywizji Piechoty, „The War Medal 1939-45”, Gwiazda Italii.

opr. Roman Panasiuk, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

reklama

ślubna
scena

reklama

patronat

patronat

reklama

Do góry strony