reklama

Gdy w czerwcu 1941 r. rodzina Miłkowskich z Miłkowic Janek znalazła się w pociągu podążającym na wschód, nikt nie wiedział, jak potoczą się ich dalsze losy. Matka zmarła w 1927 r., a trzy lata później ojciec. W rodzinie słuchano najstarszego brata – Stefana. W 1940 r. bracia Stefan i Tadeusz zostali aresztowani przez władzę sowiecka i osadzeni w więzieniu w Brześciu.


Lucjan Miłkowski, zdjęcie z lat 80-tych

Oskarżano ich o działalność konspiracyjną. Pewnej czerwcowej nocy 1941 r. zjawili się sowieccy milicjanci, załadowali wszystkich na furmankę i eskortowali na stację kolejową Siemiatycze. Spotkali tam wiele znajomych rodzin. Wiedzieli – wywożą ich na Syberię. Po 2 tygodniach jazdy w pociągu towarowym wysadzono ich w Nowosybirsku. Następny etap podróży odbywał się na łodziach po rzece Ob. Dwa tygodnie wiosłowania w nieznane. Wreszcie wskazano im ich przytułek – Szerstabitowo (Nowosybirska oblast’). Miejsce okropne, dookoła bagna, wydostać się stamtąd można było tylko zimą. Latem ciężkie powietrze i plaga komarów, które dokuczały szczególnie małym dzieciom. Ale cała rodzina trzymała się razem. Szybko musieli zacząć dorosłe i samodzielne życie. Lucjan, Halina, Wanda wspólnie roztoczyli opiekę nad bratową, żoną Stefana, i trojgiem ich małych dzieci. Byli tysiące kilometrów od swojego rodzinnego domu. Myśleli o nim zawsze i wszędzie. I w rozmowach z serdecznymi, ciekawymi świata gospodarzami, i w maleńkiej izdebce, którą urządzili gdzieś w tajdze na podobieństwo rodzinnej, tej w Miłkowicach.

I ta tęsknota za domem pognała jedynego mężczyznę w rodzinie, najmłodszego brata Lucjana, do wojska polskiego. Zawsze był niespokojnym duchem. Tak też i tym razem nie usiedział, gdy w kołchozie pokazano „udostowierienije” (zaświadczenie – przyp. R.P.) o tworzeniu Armii Polskiej w ZSRR. Nawet nie próbowano go zatrzymać, a on namówił jeszcze trzech kolegów: Staszka Niemyńskiego z Makark, Stefana Rytla z Siemiatycz, Drzewieckiego ze Lwowa. Ruszyli więc w poszukiwaniu tego polskiego wojska. A dziewczyny i dzieci zostały. Któż mógł wtedy przewidzieć, że los rzuci Lucka gdzieś do Anglii, że będzie skakał na spadochronie w dalekiej Holandii, a Halina z Wandą w batalionie „Platerowskim” przejdą cały szlak bojowy, że wszyscy szczęśliwie przeżyją i że znów spotkają się całą rodziną w Miłkowicach?

Lucjan Miłkowski dostał się do Nowosybirska, a tam w wojskowym punkcie informacyjnym otrzymał koc, parę konserw. Tam też dowiedział się, że rejon formowania i szkolenia Armii Polskiej w ZSRR znajduje się bardziej na zachód, w Buzułuku. Przejazd „na gapę” setki kilometrów wymagał sprytu i szczęścia, toteż Lucjan, uznany przez kolegów za przywódcę wyprawy, przemyślał dokładnie wszystkie jej etapy. W Buzułuku stanął przed komisją lekarską i dostał przydział do 20 pp (zapasowego) Armii Polskiej pod dowództwem gen. Andersa. Na miejscu ćwiczono i szkolono rekrutów do stycznia 1942 r. Potem przeniesiono cały obóz na południe, w rejon Taszkientu.

Tymczasem dziewczyny, pozostawione w dalekiej tajdze, po ponad rocznym pobycie w Szerstabitowie załatwiły przesiedlenie do Kujbyszewa. Szczęśliwie udało się zabrać razem z bratową i jej dziećmi. W Kujbyszewie znalazły pracę w ogrodzie ochronki dziecięcej. Tam dopiero mogły odżyć i pokazać, co potrafią. Bratowa Krystyna przed wojną skończyła 3 klasy szkoły rolniczej, więc zaczęła tam „rządzić”. Wszystkie wychodziły na tym dobrze. Ale gdzieś latem 1943 r. poszła wieść, że znów powstaje wojsko polskie i że można tam się zgłaszać. Rozmowa z bratową Krystyną była krótka. Bratowa z dziećmi miała zabezpieczony byt. Tak więc Halina z Wandą postanowiły wstąpić do armii polskiej. Bez kłopotów trafiły do Sielc nad Oką. Jakże raźno się zrobiło, gdy usłyszały polską mowę, polskie piosenki, gdy ujrzały polskie orzełki na czapkach. Na komisji wojskowej obie stawały razem i obie dostały przydział do Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Po rekruckim przeszkoleniu, szer. Halina i szer. Wanda Miłkowskie rozpoczęły swą służbę wojskową i ruszyły na „rodzinny” szlak bojowy. Ten szlak prowadził też przez daleki Taszkient.

W Taszkiencie parę miesięcy wcześniej leżał chory na malarię Lucjan. Obficie faszerowany chininą, szczęśliwie wyzdrowiał i zabrał się w drugiej ewakuacji Armii Andersa w sierpniu 1942 r. Przez Morze Kaspijskie, perski port w Pahlevi, Polacy dotarli do obozu koło Teheranu. Wtedy już nie było powrotu i już trzeba było iść dalej tym szlakiem.


Samodzielny Batalion Kobiecy im. Emilii Plater

 

W punkcie werbunkowym w Persji Lucjan Miłkowski zgłosił się do Polskich Sił Zbrojnych. Marzyła mu się marynarka. Ale na komisji lekarskiej powiedziano mu: „Masz serce jak dzwon, wiec pójdziesz do spadochroniarzy.” Co było robić, niech będzie. Zebrano ponad 10 tys. polskich ochotników. Wszyscy oni okrętami przez Zatokę Perską ruszyli w daleką drogę. Była to najdłuższa w życiu i najbogatsza w przeżycia podróż Lucjana Miłkowskiego.

Po drodze był postój w Indiach, w Bombaju. Daleki i dziwny kraj. Hindusi – dziwni ludzie, ale bardzo uprzejmi i grzeczni w stosunku do polskich żołnierzy. Żołd wypłacano w funtach. Po wymianie na rupie pozwalał on na całodzienne zwiedzanie miasta, wszystkich możliwych knajpek. Potem załadunek na amerykański transportowiec i w trasę, dookoła Afryki. W Kapsztadzie (dziś RPA) był jeszcze jeden dłuższy postój. Tam z kolei białe dziewczyny „Afrykanki” – jak je nazywali – były bardzo miłe. Za jeden guzik od munduru z polskim orzełkiem żołnierze dostawali paczki z żywnością i papierosami. Więc dawali te guziki. Zdarzało się, że wracali z przepustki w ogóle bez guzików przy mundurze. Gdy odbijali od brzegu w dalszą podróż, z kompanii Lucjana Miłkowskiego pięciu żołnierzy nie stawiło się na czas na okręcie. Wszyscy wiedzieli, ze wybrali „służbę” u swych narzeczonych.

Celem ich ostatniego etapu podróży była Wielka Brytania. W upałach przekroczyli równik. Już po Nowym Roku 1943 zacumowali w porcie Glasgow w Szkocji. W porcie Perth na kolejnej komisji wojskowej potwierdzono Lucjanowi przydział do 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej pod dowództwem gen. Stanisława Sosabowskiego. Trafił do 1 kompanii 2 batalionu (dowódca Pieszała). Zaczęło się szkolenie bojowe.

 

W tym czasie Halina i Wanda Miłkowskie po ukończeniu szkoły podoficerskiej otrzymały awans na kaprala i przydział do 2 kompanii fizylierek. Obie też objęły dowództwo plutonów. Dowódcą całej 2 kompanii była Rosjanka, por. Bodnar. W Sielcach „Platerówki” pełniły służbę wartowniczą. We wrześniu 1943 r. 1 kompanię wcielono do 1 Dywizji Piechoty, z którą poszła na front, pod Lenino. Tymczasem siostry Miłkowskie zostały ze swoją 2 kompanią w Sielcach do grudnia 1943 r. Wtedy kompania weszła w skład 2 Dywizji Piechoty. W styczniu następnego roku ruszyły na Smoleńszczyznę na front.

Tymczasem w Szkocji Lucjan zdobywał umiejętności spadochroniarza. Szkolenie składało się z oddawania skoków ze spadochronem (3 z balonu, 5 z samolotu), ćwiczeń strzeleckich, ogólnorozwojowych, nauki boksu, różnych technik walki wręcz i nożem, a także nauki działalności dywersyjnej. Trwało pół roku. Jesienią 1943 r. było już po wszystkich możliwych kursach, egzaminach i innych „torturach” na szkockich poligonach. Zdobyte umiejętności przydały się wkrótce.

Jeszcze podczas ćwiczeń kapral Lucjan Miłkowski miał okazję osobiście się spotkać z gen. Sosabowskim. W 1944 r. w sierpniu zaczęły krążyć pogłoski, że żołnierze mają lecieć nad Warszawę. Skakać tam, by pomóc w powstaniu. Wszyscy rwali się, by być bliżej kraju, lecz decyzja nie zależała od nich. Ostatecznie zostali na miejscu. We wrześniu zarządzono przygotowanie do przerzutu wojska do Holandii, gdzie już wylądowali alianci. Mijały kolejne dni i noce w ciągłym pogotowiu. Alarmy i ich odwołania, sen i pobudka w pełnym oprzyrządowaniu. Wtedy właśnie, w tych nerwowych dniach, Lucjan spotkał rodaka, Józka Bachurzewskiego z Ciechanowca. Odtąd już trzymali się razem do końca wojny.

Siostry Miłkowskie zaś w swoim „Platerowskim” batalionie spotkały więcej dziewcząt z rodzinnych stron: Lucynę z Morzów, Janinę Kryńską z Nurca, Krystynę Jadczuk z Bryk (która z 1 DP poszła walczyć pod Lenino). Szlak 2 DP prowadził przez Kiewerce. W lipcu 1944 r. weszły na ziemie polskie. Było tak blisko do domu! Sforsowały Bug. Walki były ciężkie. Najbardziej bały się nocnych bombardowań. Takie wielkie naloty przeżyły w Berdyczowie i Lubartowie. Potem w lipcu krwawe walki toczyły się w rejonie Puław przy przeprawie przez Wisłę. Trzymały się bez przerwy razem. Tak było jakoś raźniej, bo nie wiadomo, jak długo jeszcze uda się przeżyć. Halina bardzo podupadła na zdrowiu. Gdy stały przy sztabie w Kawęczynie pod Warszawą, Halina dostała przepustkę na kilka dni. Pojechała do domu.

W Miłkowicach nie zastała nikogo z rodziny, ani braci, ani zamężnej siostry. Pusty dom. Ale zbiegli się sąsiedzi i pytaniom o znajomych i opowieściom nie było końca. Po powrocie do jednostki Halina rozchorowała się jeszcze bardziej i w październiku 1944 r. została zwolniona z wojska. Ale kapral Wanda Miłkowska została w wojsku do końca wojny.

 

Wrzesień 1944 r.

Na drugim końcu Europy z Anglii wyruszał w bój kapral Lucjan Miłkowski. Na pokładzie transportowej „Dakoty” znalazł się w powietrzu wraz z 17 kolegami. Za nimi na linie był ciągnięty szybowiec „Horsa”, załadowany willyhsami i działkami ppanc. Planowano, że lądowanie będzie bezpieczne. Jednak ich samolot trafił w pole niemieckiego ostrzału. Spadochroniarze skakali więc nie według planu. Kapral Miłkowski ze swoim spadochronem wylądował w jakimś sadzie na przedmieściu Arnhem. Szczęśliwie, bez urazów. Za nim lecieli następni. Lucjan słyszał jęki kolegów, których dosięgła niemiecka kula jeszcze w powietrzu. Spadali na ziemię bezwładnie. Plutonowy Kossakowski, dowódca plutonu Lucjana, zaplątał się nieszczęśliwie w gałęzie drzewa. Szamotał się i upuścił swój karabin na ziemię. Znaleziono go potem martwego na drzewie.

Najtrudniejsze i najbardziej wyczerpujące było forsowanie kanałów z wodą. Jak wiadomo w Holandii kanały są wszędzie, cały kraj jest nimi poprzecinany. Bardzo utrudniały prowadzenie operacji wojskowych.

W końcu wykrwawioną i zdziesiątkowaną brygadę cofnięto z powrotem do Anglii. Operacja się nie udała. I znów Szkocja. Tym razem wysadzono żołnierzy w porcie Edynburg. Tu zaczęło się leczenie ran, liczenie strat, szukanie zaginionych kolegów. Dni mijały na leczeniu i ćwiczeniach na poligonach Brytanii. Bardzo się wtedy chciało do domu, do Polski. W obozie wojskowym pojawili się wysłannicy z kraju. Namawiali na powrót. Wielu chciało, już w tym, 1944 r. Powrót jednak się oddalał. Dopiero w 1947 r. kapral Lucjan mógł załadować się na polski statek i 16 lipca dopłynął do Gdańska. Potem tylko dwa dni podróży koleją i na żniwa już był w domu.

W 1945 r. wróciła też bratowa Krystyna z dziećmi, wrócili bracia. W 1941 r. nikt ich nie pytał o zgodę na porzucenie wsi. Nigdy nie pogodzili się z tą zmianą w ich życiu. Ale we wszystkich wojennych wspomnieniach na pierwszym miejscu był ich dom rodzinny. Kto z nich wtedy wiedział, która droga do domu jest krótsza, a która dłuższa? Prosty człowiek, zwykły żołnierz nie decydował o tym wyborze.

45 r. wróciła też bratowa Krystyna z dziećmi, wrócili bracia. W 1941 r. nikt ich nie pytał o zgodę na porzucenie wsi. Nigdy nie pogodzili się z tą zmianą w ich życiu. Ale we wszystkich wojennych wspomnieniach na pierwszym miejscu był ich dom rodzinny. Kto z nich wtedy wiedział, która droga do domu jest krótsza, a która dłuższa? Prosty człowiek, zwykły żołnierz nie decydował o tym wyborze.

opr. Roman Panasiuk, na podstawie archiwum Mirosława Leszczaka


Lata 80., rodzina Miłkowskich przed domem

 

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

reklama

ślubna
scena

reklama

patronat

patronat

reklama

Do góry strony