Notatnik historyczny
08 września 2015 20:02

Siemiatyckie targi przed wojną

„Przypominam sobie swoje dzieciństwo i myślę o targach, które odbywały się w każdy czwartek. Wtedy sztetl całkowicie zmieniał swój wygląd. Większość Żydów siemiatyckich żyła z handlu”.

(fragment wspomnień zmarłego w 1989 r. w Limie w Peru siemiatyczanina Michla Radzińskiego „The Scroll Of My Life (Siemiatycze, Poland)” (Zwój zapisów mojego życia) dyktowanych w języku jidisz Shimenowi Kantsowi, przetłumaczonych następnie na język angielski przez Leonarda Pragera i przez niego wydanych prywatnie (Haifa, Izrael, 1993).

W dni, kiedy nie było targu stali w swoich małych sklepikach i czekali godzinami na klientów. Inni przemierzali plac targowy w nadziei na zrobienie jakiegoś interesu. Targ ożywiał cały sztetl i zmieniał twarze ludzi. Przez cały tydzień Żydzi przygotowywali się do targu w czwartek. Nie było nikogo w sztetlu, kto by nie oczekiwał tego dnia. Nie tylko kupcy i sklepikarze, ale również rzemieślnicy – zwłaszcza ci, zwani „domokrążcami”, krawcy, szewcy, wytwórcy kołder, kapelusznicy, pończosznicy, garncarze i inni.

Pracowali głównie na potrzeby rolników z okolicznych wsi i podczas targów mieli nadzieję na zarobek. Firmy i sklepy były pełne towarów. Pamiętam sklepy w głównym rynku w Siemiatyczach wystawiające swoje towary – gotowe ubrania, buty, czapki, stroje dla kobiet i dzieci. Był duży tłok. Konkurencja między sklepikarzami była ogromna, ale trzeba oddać sprawiedliwość siemiatyckim handlarzom, że nikt z nich, dzięki Bogu, nigdy się z tego powodu nie pobił. Byli przede wszystkim z tego samego miasteczka, a często z tej samej rodziny.

Okoliczni rolnicy przyjeżdżali ze wszystkich stron, przywożąc na sprzedaż produkty ze swoich gospodarstw. Za zarobione pieniądze kupowali od Żydów to, co było im potrzebne w domu, ubrania dla rodziny. Przyjeżdżali wozami i przywozili worki ziarna. Czasem nawet ostatnie ziarno, które trzymali na przyszły siew. Mój ojciec nie miał straganu na targu, ale mimo to czuliśmy zmianę również w naszym sklepie. Sklepikarze przychodzili zamówić artykuły ze szkła, rzeczy, o które chłopi się u nich dopytywali (ojciec prowadził skład szkła i artykułów szklanych – przyp. MAN). Tego dnia był większy tumult niż w inne. Lubiłem wrzawę, jaką powodował targ. Zwłaszcza latem, kiedy wraz z kolegami z chederu wychodziliśmy na główną drogę na skraju miasteczka, aby oglądać wozy z rolnikami – mężczyznami i kobietami – które wjeżdżały tam od wczesnego ranka z okolicznych wsi. Drogą szły również głośne stada owiec, bydła, kaczek i gęsi.  W powietrzu wypełniającym wczesny poranek wyczuwało się zdrowe zapachy zbóż, które chłopi wieźli w workach oraz owoców i warzyw.

My, chłopcy rozkoszowaliśmy się dniem targowym. Tym bardziej, że zajmował on również naszych nauczycieli. Powodem był fakt, że w targu brały udział ich żony. Czekały przez cały tydzień na dzień, kiedy rolnicy mogli przywieźć swoje produkty i odwiedzić żydowskie sklepy. Nauczyciele nie byli w stanie utrzymać się wyłącznie z nauczania w chederze. Prawdziwym zmartwieniem dla nauczyciela był brak przedsiębiorczej żony trzymającej stragan na targu w czwartki. Bardziej niż inni Żydzi w sztetlu, na targ czekali sklepikarze. Zarówno ci, którzy mieli swoje sklepy blisko Rynku – a były ich dziesiątki z gotowymi tekstyliami, naczyniami, artykułami spożywczymi, skórzanymi, konfekcyjnymi czy galanterią - jak ci trzymający mniejsze sklepiki. Rozległy targ był zawsze pełen kobiet straganiarek, latem z wielkimi ilościami towarów, a zimą z małymi koszykami z różnymi rzeczami grzejących nogi przy piecykach. Naturalnie, że najlepiej pamiętam dni letnie, kiedy nie mogliśmy wytrzymać, aby nie wybiec poza miasto. Tam, poza wozami nadjeżdżającymi ze wsi, obserwowaliśmy Żydów przybywających z innych miasteczek w krytych wozach wypełnionych wszelkiego rodzaju towarami. Jako dziecko myślałem, że jadą one z bardzo daleka. (…).

Przechadzaliśmy się wśród straganów z rozmaitymi towarami. Słuchaliśmy smutnych pieśni starego żebraka, który akompaniował sobie fałszując na małej lirze, dziele wiejskiego artysty. Dla dorosłych czwartkowy targ był doskonałą okazją do spotkań ze znajomymi, zobaczenia się z krewnymi z innych miejscowości, ale główną rolą targu był handel. Nie tylko dla Żydów siemiatyckich, ale również z sąsiednich miasteczek, którzy przybywali tu na handel.

Wyjątkowo duże napięcie panowało przed świętami chrześcijańskimi (jak Boże Narodzenie i Wielkanoc). Był to czas największych targów, do których przygotowania trwały całymi tygodniami. Czego to nie przygotowywano na te targi w sklepach i magazynach! Towary galanteryjne i artykuły przemysłowe, wyroby skórzane i futra, każdy rodzaj artykułów żelaznych, wyrobów ze szkła i nieskończona liczba innych artykułów. W takie dni Żydzi poruszali się z nową energią. Cenny był każdy dzień, każda minuta. Serca drżały, aby nic broń Boże nie zdarzyło się niekorzystnego, ponieważ zły utarg oznaczał brak wystarczających środków na przeżycie zimy. Naturalnie, zrozumiałem to dopiero później, kiedy ukończyłem już szkołę i pomagałem ojcu w jego interesie. Jako pomocnik w składzie ojca zacząłem wciągać się w życie gospodarcze miasteczka i żydowskie interesy.

Siemiatycze było ośrodkiem wytwórczym. Znajdowała się tam fabryka sklejki, której większość pracowników stanowili chrześcijanie. Sprzedawała swoje wyroby na cały kraj i zagranicę. Należała do braci Maliniak, a rodzina Salat była jego bliskimi wspólnikami. Jednym z dyrektorów tej spółki był Heszl Salat, prominentny lider syjonistyczny.

Wspominam o tych szczegółach, aby nie zostawić wrażenia, że wszyscy Żydzi w Siemiatyczach byli ubodzy. Istniała również fabryka, która produkowała wszelkiego rodzaju zaopatrzenie dla szewców, kopyta, fleki czy lakier. Właściciel Reb Abram - Hersz Belkes był również właścicielem fabryki kafli. Twardo i zdecydowanie zarządzał swoimi fabrykami. Pomagali mu jego synowie i zięć Reb Lewi Bilecki (…). W Siemiatyczach krążyło mnóstwo opowieści na temat działania tej fabryki. Mówiło się, że w Warszawie istniało specjalne biuro odpowiedzialne za rozprowadzanie towarów na terenie kraju, park maszynowy, zakupy materiałów oraz zajmujące się wszystkim innym, czego potrzebowała fabryka. (…)

Pomijam szczegółowy opis wielu cech bogatego życia w Siemiatyczach, bogatego w wydarzenia i postacie.  W podobny sposób, skrótowo, kilka zdań o fabrykach dobrego przyjaciela mojego ojca Fajwla Radzińskiego. Fabryka kafli Radzińskiego zatrudniała około stu pracowników. Był on prominentną osobą w sztetlu. Nosił nasze nazwisko, nie był jednak w żaden sposób z nami spokrewniony. Mój ojciec trzymał się z nim blisko i mogli spędzić razem wiele godzin, dyskutując o problemach sztetla albo ważniejszych kwestiach dotyczących żydostwa w świecie.

Poza fabrykami, ludność Siemiatycz żyła z dziesiątków pracowni rzemieślniczych. Przy wielu małych bocznych ulicach i ułeczkach Żydzi pracowali w zakładach do późnych godzin nocnych. Żydowscy kowale wykuwali narzędzia dla okolicznych rolników. Żydowscy kołodzieje wyrabiali koła i osie oraz budowali wozy; rymarze szyli uprzęże dla koni, podstawy transportu w tamtych czasach (…).

Opowiadam tak dużo o targach, ponieważ były ważnym elementem życia sztetla – życia ciągłego zapędzenia i inicjatywy, pełnego ogromnej woli życia, która pozwalała stawić czoła najbardziej bolesnym próbom.

Nierzadko jednak dochodziło do prawdziwego dramatu. Zamieć akurat w dzień targowy pogrążała sztetl w ogromnym przygnębieniu. Handlujący, hurtownicy i rzemieślnicy, chodzili ze smutnymi minami; można było słyszeć głębokie westchnienia. Ludzie trzęśli się od swoich myśli, które głęboko w nich zapadały, o grożącym niedosycie i zimnie. (…)

Zarabianie na życie było bardzo trudne. Złych dni targowych było bardzo wiele. Zlewające potem upały i niemiłosierne zimno, fale deszczu, śnieg i wiatr uderzający w twarz tak, że z trudem można było złapać oddech, powodowały, że w takie dni rolnicy we wsiach pozostawali w domach. Następnego dnia trzeba było wydeptywać dróżki do sąsiadów i przyjaciół w poszukiwaniu pilnej bezprocentowej pożyczki. Często widziałem, jak takie osoby przychodziły do ojca. Widziałem w ich oczach smutek i przygnębienie.

Ale znów muszę to powtórzyć: mimo trudności Żydzi siemiatyccy nie rozpaczali i nigdy nie tracili nadziei na lepsze życie. Żyli swoim życiem, ubogo, często rozpaczliwie starając się zaspokoić najprostsze potrzeby, aby przeżyć, zawsze jednak pełni wiary w zbawienie i jaśniejsze jutro. (…)”.

Tłumaczenie i opracowanie: Marek Antoni Nowicki, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. Jankiel Tykocki

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

patronat

reklama

reklama

Do góry strony