Notatnik historyczny
01 marca 2016 21:50

1 marca – Dzień Żołnierzy Wyklętych

O życiu codziennym 5 Brygady Wileńskiej AK i kilka innych uwag.

Piszący o „żołnierzach wyklętych” skupiają się przeważnie na ich sylwetkach, toczonych walkach, represjach ze strony komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Mniej znane są opisy ich codziennego bytowania w podlaskich lasach i wsiach w okresie walk z NKWD i organami bezpieczeństwa Polski „lubelskiej”. Aby przybliżyć je czytelnikowi „Głosu”, sięgnąłem do fundamentalnej pracy Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego „ „Łupaszka”, „Młot”, „Huzar”. Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK (1944 – 1952)” (Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2002, s. 116-120), której obszerne fragmenty dotyczące żołnierzy 5 Brygady przytaczam:

„ … We wspomnieniach uczestników wydarzeń przewija się motyw fizycznego i psychicznego przemęczenia. Ludzie starali się każdą wolną chwilę przeznaczać na sen, aby móc odpocząć. Czasem do przemieszczania się używano furmanek. (…). Przemarsze odbywały się na ogół w nocy, w dzień zaś zapadano na tzw. „dniówkę” na kwaterach lub przy dobrej pogodzie w lesie (zazwyczaj na skraju). Ze względu na bezpieczeństwo unikano tzw. „ślepych obozów” w głębi lasów. Jako kwatery wybierano najczęściej pojedyncze kolonie, osady leśne i gajówki. Rzadziej, tylko podczas działań w dużej sile, zajmowano całe wioski. Zajmowanie kolonii lub wioski było poprzedzone wysłaniem patroli rozpoznawczych i okrążeniem zabudowań. Dopiero po sprawdzeniu, że wieś jest wolna od przeciwnika, wkraczano i zajmowano na kwatery gospodarstwa położone na skraju zabudowy, najlepiej przy lesie. Kwatera zawsze ubezpieczana była posterunkami wartowniczymi, zmienianymi zazwyczaj co dwie godziny, obsadzającymi zwłaszcza drogi wlotowe do wsi. Po zajęciu kwater ze względu na bezpieczeństwo nie wypuszczano mieszkańców na zewnątrz, zatrzymywano także wszystkie osoby przychodzące (zwalniano je w chwili odmarszu). Sypiano drużynami w stodołach na słomie lub sianie, w chatach wyjątkowo – dotyczyło to raczej tylko kadry. Kwatery opuszczano najczęściej o zmierzchu, marsz na nowe miejsce postoju trwał zazwyczaj do rana. Czasami maszerowano także w dzień (najchętniej pod osłoną lasu). W marszu w ogóle unikano terenów otwartych. (…)

Żołnierze Brygady w każdej chwili musieli być gotowi do akcji. (…) Sypiano w mundurach z poluzowanymi pasami, najwyżej zdejmując buty. Broń musiała być zawsze pod ręką, sprawna i dobrze wyczyszczona. (…) W dobrze prowadzonych pododdziałach żołnierze w zasadzie nigdy nie mieli wolnego czasu, w każdym razie niewiele. Kadra prowadziła w wolnych chwilach szkolenie w zakresie nauki o broni, strzelania, topografii, musztry w pododdziałach i indywidualnej. (…)

Pisząc o życiu codziennym Brygady musimy odnotować ofiarne i patriotyczne nastawienie jej żołnierzy. Brygada nie była „przechowalnią” ludzi w trudnym okresie przejściowym, jak wiele innych oddziałów leśnych roku 1945, lecz jednostką akcji czynnej w pełnym tego słowa znaczeniu. (…) Zawsze był problem z nadmiarem ochotników. Większość żołnierzy była wyznania rzymskokatolickiego, choć zdarzali się i pojedynczy prawosławni (np. sekcja „ Jastrzębia”). Wszyscy prawosławni pochodzili jednak zza „linii Curzona”, z Nowogródczyzny i Wileńszczyzny. Miejscowych prawosławnych ochotników nie było (choć relacje odnotowują pojedyncze przypadki życzliwego zachowywania się Białorusinów wobec polskich partyzantów). W Brygadzie nie występowały problemy narodowościowe lub wyznaniowe, nie było przypadków antysemityzmu. Mjr „Łupaszka”, przedwojenny zawodowy oficer, stawiał kwestie narodowościowe i wyznaniowe na gruncie państwowym i obywatelskim, podobnej postawy oczekiwał też od swych podkomendnych. (…)

Brygada nie posiadała własnego kapelana. W szwadronach prowadzono jednak ranną i wieczorną modlitwę. Niekiedy, w miarę możliwości, poszczególne oddziały uczestniczyły w mszach św. w miejscowościach, w których zatrzymywały się. (…) Codzienne życie w szeregach partyzantki, dla większości żołnierzy Brygady od dwóch – trzech lat w atmosferze nieustannych, niespodziewanych walk, których stale wykruszali się koledzy, sprawiało, że częstym tematem rozmów lub nawet żartów było pytanie – kto następny? Śmierć stała się wśród nich zjawiskiem powszednim. Nic więc dziwnego, że nie cenili też życia przeciwników”.

Autorzy publikacji podkreślają motywy przyświecające tym młodym ludziom (chłopcom, ale i dziewczętom), którzy zdecydowali się być wierni przysiędze złożonej w AK i ryzykować życie, kontynuując beznadziejną przecież już w owym czasie walkę z instalującym się komunistycznym porządkiem:

Ponadto, przeżyli dwukrotną okupację sowiecką, w latach 1939 – 1941 r. i po lipcu 1944 r. – widzieli bezlitosne deportacje ludności cywilnej, zbrodnie popełniane przez NKWD, przeżyli wyniszczające napady partyzantki sowieckiej i dramatyczne rozbrojenie oddziałów AK latem 1944 r. Jak mało kto byli świadomi, jak potworny i nieludzki jest system komunistyczny, zaprowadzony przez sowietów i ich zwolenników. System ten zburzył cały świat, w którym żyli do czasu wojny. Ich rodziny wywieziono do Rosji lub padły ofiarą czerwonych partyzantów. Te, które ocalały, zostały wygnane z rodzinnej ziemi lub zapędzone do niewolniczej pracy w kołchozach na terenach anektowanych przez ZSRR. Ojcowiznę pozostawili za „linią Curzona”. Pojęcia takie, jak „ komunista” i „ komunizm” nie były dla nich abstrakcyjną teorią, lecz czymś straszliwie realnym. To nie była kwestia odmienności poglądów czy „innej wizji Polski”. Żołnierze 5 Brygady Wileńskiej, ludzie, którzy w praktyce zetknęli się z funkcjonowaniem systemu komunistycznego, mieli okazję poznać, że jest on po prostu złem. I próbowali mu się przeciwstawić. Ci, którzy opowiedzieli się po stronie zła i aktywnie pomagali w instalowaniu jego władzy, nie mogli liczyć na ich pobłażliwość”.

I jeszcze krótki komentarz na koniec. Dyskusje o zbrojnej walce antykomunistycznej partyzantki na Podlasiu nie mogą toczyć się w oderwaniu od realiów tamtego czasu. Trzeba więc m.in., poza tym, co przytoczyłem wyżej, pamiętać o masowych aresztowaniach, mimo zadeklarowanej amnestii, ludzi związanych z walką niepodległościową albo choćby tylko o to podejrzewanych, o wcielaniu do ludowego wojska. Rozkaz o rozwiązaniu AK z 1945 r. był często niewykonalny i żołnierze nie mieli praktycznie wyboru – pozostawała dalsza walka, pozostanie w lasach z bronią. Tym bardziej, że żołnierze pochodzący z Kresów nie mieli już gdzie wracać. Ich rodzinne strony zostały opanowane przez Sowietów. Partyzanci wielekroć bronili przed bandytami i rozbojem; nowa władza była słaba i ludność pozostawała na łasce przemocy i bezprawia.

Poza tym, wielu wtedy walczących uważało tamten czas za okres przejściowy: przeczekania w lesie w nadziei na nową wojnę. Zachód wtedy tę nadzieję w rozmaity sposób podsycał. Opowiadania o Andersie na białym koniu były na porządku dziennym w wielu domach. Ważyły się losy Białostocczyzny jako części nowej skomunizowanej Polski, może więc ruch partyzancki i zbrojna reakcja uchroniły te ziemie (pamiętajmy: po agresji we wrześniu 1939 r. należące do Zachodniej Białorusi) przed bezpośrednim przyłączeniem do Związku Sowieckiego.

Marek Antoni Nowicki, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

patronat

reklama

reklama

Do góry strony