reklama

Notatnik historyczny
19 września 2016 13:34

50 lat szkoły w Siemiatyczach

Uczniowie, władze PZPR ze szczebla wojewódzkiego. Wszyscy w śniegu, błocie i mrozie, przy akompaniamencie strażackiej orkiestry dętej. Tak wyglądało wmurowanie aktu erekcyjnego, 24 listopada 1963 r., pod budowę Szkoły Podstawowej nr 2 w Siemiatyczach, tzw. tysiąclatki. 30 września odbędą się obchody 50-lecia istnienia budynku.

Kałamarze do lamusa

Gimnazjum Publiczne nr 1 im. Ignacego Gilewskiego w Siemiatyczach, dawniej Szkoła Podstawowa nr 2 im. Władysława Broniewskiego oraz Zespół Szkół nr 3 im. Wł. St. Reymonta w Bielsku Podlaskim. Co łączy te dwie szkoły? Budynki, a raczej historia ich powstania. Oba zostały wybudowane w 1966 r., zgodnie z hasłem Władysława Gomułki: „Tysiąc szkół na tysiąclecie Państwa Polskiego”. Szkoła w Bielsku Podlaskim jest bliźniaczo podobną do siemiatyckiej. Tak twierdzi wieloletni, dziś emerytowany już, dyrektor tej placówki, Sergiusz Szczygoł.

- Zacząłem pracować dziewięć lat po oddaniu budynku do użytku. W czasie jego budowy, na miejscu obecnej szkoły była łąka, gdzie pasły się krowy.Potem powstały boiska. To był jeden z cudów świata - asfaltowe boisko do piłki ręcznej – opowiada dyrektor Szczygoł, który był kiedyś pasjonatem gry w piłkę ręczną.

21 sal lekcyjnych i sala gimnastyczna - tak przedstawiał się rozkład budynku, który docelowo miał pomieścić 650 uczniów. Docelowo, bo w praktyce, kiedy zaczęli pracować tam Helena i Sergiusz Szczygołowie, szkoła była przepełniona, mieściła ok. 800 uczniów. A jak było wewnątrz? W starych, porysowanych i pociętych ławkach z kałamarzami (niektóre jeszcze z otwieranym pulpitem) mieściło się 6 osób. Ławki – stoliki z krzesełkami, można było znaleźć w trzech salach: od polskiego, biologii i chemii. - Wszystkie uczennice nosiły czarne lub granatowe fartuszki z białymi kołnierzykami, a chłopacy stroje w podobnych kolorach. Aby odróżniać się w szkolnej społeczności, poszczególne klasy miały oddzielne krawaty czy apaszki – mówi Helena Szczygoł, emerytowana nauczycielka muzyki.

Najpilniejszym zadaniem, które miał przed sobą nowy dyrektor, była wymiana szkolnych mebli, co w tamtych czasach nie było łatwe, mimo dużego budżetu, którym dysponowała szkoła. - Udało mi się to zrobić bardzo szybko, bo w ciągu dwóch lat. Jedyną firmą, która prowadziła handel sprzętem szkolnym i pomocami naukowymi było Centrum Zaopatrzenia Artykułów Szkolnych w Białymstoku. Kolejka była potworna. Żeby ją przyspieszyć, trzeba było zdobyć samogon – wspomina były dyrektor.

Ludzie to nie cegły

Zdaniem Sergiusza Szczygoła od samego początku atutem szkoły była dobra kadra nauczycielska, ludzie wyposażeni nie tylko w wiedzę merytoryczną, ale też potrafiący porozumieć się z uczniami.
- Nauczyciele to ludzie pracujący z ludźmi, tylko młodszymi. Zarządzanie ludźmi to nie jest produkcja cegieł. Nigdy nie przeszkadzałem im w pracy, ale za to zawsze wymagałem i oni to wyczuwali. Natomiast dziś pracują ci, którzy muszą albo mają wrodzony talent pedagogiczny – mówi były dyrektor.

Kiedy pytam o dawne grono pedagogiczne, pada wiele nazwisk, m.in.: pierwszy dyrektor – Tadeusz Smorczewski; Irena Półtorak, która objęła stanowisko po Smorczewskim. Wicedyrektorka oraz nauczycielka chemii Bolesława Wieczorek; Bożena i Ryszard Mikołajczykowie - fizycy; Helena Młynarczuk - nauczycielka biologii; Jadwiga Jędrusik, Nina Daniluk, Genowefa Chrzanowska, Elżbieta Gryciuk - polonistki; Elżbieta Tymińska -nauczycielka geografii; Zdzisław Warpechowski - historyk; Jan Noga, Władysław Czeczuk, Lucyna Warpechowska, Waldemar Przychodzeń - nauczyciele w-f; Adam Hodun i Helena Szczygoł – nauczyciele muzyki; Sergiusz Szczygoł – nauczyciel techniki oraz późniejszy dyrektor.

Pod koniec lat osiemdziesiątych, jeszcze przed powstaniem Szkoły Podstawowej nr 3, w szkole przy ul. Świętojańskiej uczyło się ponad tysiąc uczniów. Duży wpływ na sytuację miał rozwój miasta i pojawiające się miejsca pracy, np. w Hortexie. Ludzie przeprowadzali się, osiedlali, pojawiło się też więcej młodzieży i dzieci.

W 1999 r. wprowadzono reformę szkolnictwa. Szkołę podstawową skrócono z ośmiu do sześciu lat, powstały trzyletnie gimnazja. Sergiusz Szczygoł objął funkcję pełnomocnika burmistrza ds. reformy w mieście. -
W pewnym momencie byłem dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 2 i Gimnazjum nr 1 . Trwało to 3 lata. Spraw wychowawczych było mnóstwo, ale przeszliśmy przez ten proces bezkolizyjnie. Czuliśmy jakoś tę starszą młodzież. Chociaż pierwszy miesiąc był trudny. Ale dotrwaliśmy w szkole, w której dziewczyny nie malowały się, nie zamykałem przed młodzieżą drzwi, nie podglądałem przez kamery. I każdy mógł wyjść na podwórko. To jest mój sukces – dodaje Szczygoł.

Po wprowadzeniu reformy wielu nauczycieli odeszło na emerytury, nie było miejsc pracy. Kiedy chodzi o kwestie dotyczące życia ludzi, praca dyrektora nigdy nie jest łatwa. Jak małżeństwo państwa Szczygołów przetrwało trudny czas wprowadzania nowych zasad szkolnych?
- Nauczono nas rozumieć młodego człowieka. My byliśmy tacy sami. Kiedy młody człowiek chce spróbować nikotyny, to i tak spróbuje. Idę kiedyś szkolnym korytarzem, patrzę - pomalowane dziewczę. Takie ładne, stoi z książką. Podchodzę, patrzę minutę, dwie, dziewczę robi się purpurowe. Ja mówię: „Słuchaj, ale ten kolor do twoich oczu to nic nie pasuje”. I poszedłem. Bez żadnych komentarzy. Na drugiej przerwie nic nie było już na dziewczynie, czyściutka! – opowiada Sergiusz Szczygoł, a jego żona Helena dodaje: – Myślę, że moim największym sukcesem jest to, że przez te wszystkie lata nigdy nie usłyszałam żadnego wulgaryzmu z ust ucznia w stosunku do siebie, co dziś często się zdarza. Zawsze starałam się mieć spokojne podejście i łagodzić konflikty.

U szklarza

Obecny dyrektor gimnazjum, Janusz Łopuski, również podzielił się ze mną wspomnieniami ze szkoły na ul. Świętojańskiej.
- W szkole podstawowej uczyłem się do czwartej klasy, później przeszedłem do Jedynki. Moją pierwszą wychowawczynią w klasach 1-3 była pani Świętochowska, a w klasie czwartej Elżbieta Tymińska. Kiedyś graliśmy w piłkę na placu wewnętrznym szkoły i wybiłem szybę. Pamiętam, że musiałem przyznać się do tego w domu. Kiedy mama się dowiedziała, poszła ze mną do szklarza, ale to ja musiałem go zamówić i pokryć koszty – opowiada obecny dyrektor.

O sukcesach niech mówią inni

Przed rozpoczęciem pracy w Siemiatyczach, gdzie spędził 27 lat, Janusz Łopuski pracował dwa lata w Mielniku. A co jego zdaniem jest trudniejsze, bycie uczniem czy nauczycielem?

- Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Gdybym był uczniem, to pewnie powiedziałbym, że nauczycielem. A jak jestem nauczycielem, to powiem szczerze, że czasami wolałbym być uczniem, szczególnie w tych niepewnych czasach - mówi dyrektor.

Największą porażką szkoły zdaniem dyrektora jest sytuacja, kiedy uczeń nie zdaje. Wtedy wszyscy zastanawiają się czy szkoła zrobiła co mogła, aby mu pomóc. Większych niepowodzeń nie ma, bo liczy się codzienność. A sukces? Sukcesem jest to, że uczniowie wciąż chętnie wybierają szkołę na dalszym etapie edukacji: - Wydaje mi się, że młodzież chętnie przychodzi do gimnazjum. Mamy swojego patrona. Mamy wizję funkcjonowania szkoły, mamy dobrą kadrę – oczywiście nie ma ludzi idealnych, ale moi pracownicy pewnie powiedzieliby to samo o mnie. Sztuka polega na tym, żeby zachować dystans. Nie zawsze trzeba być dyktatorem żeby osiągnąć cel. Do wszystkich trzeba mieć właściwe podejście, inaczej rozmawia się z uczniem, pracownikiem, inaczej z rodzicem. Lepiej byłoby, gdyby o mnie i o moich ewentualnych sukcesach wypowiadali się inni, niż ja miałbym siedzieć i wymieniać, co zrobiłem czy mógłbym zrobić – kontynuuje Janusz Łopuszki.

50 lat

O uroczystościach związanych z 50-leciem istnienia szkoły Janusz Łopuski mówi po prostu, że są dla ludzi: - Uroczystości są dla ludzi. Z szacunku do nich, że zostawili tu cząstkę swojego życia. I dla uczniów i dla nauczycieli, żeby mogli usiąść, spotkać się, powspominać. O 8.00 odbędą się uroczystości w cerkwi św. Piotra i Pawła, o 9.00 w kościele Wniebowzięcia NMP. Następnie przejdziemy na halę widowiskowo – sportową i od 10.30 rozpoczną się oficjalne uroczystości. A wieczorem z inicjatywy rady rodziców, w pensjonacie Cezar, odbędzie się bal absolwentów i sympatyków, ale praktycznie każdy może zgłosić się, to spotkanie dla chętnych. Możliwość powspominania minionych czasów w trochę innej formie, bo z muzyką – opowiada dyrektor.

Za rok Janusz Łopuski również będzie obchodził swój mały jubileusz, 10-lecie pracy na stanowisku dyrektora. Nie wiadomo na razie, co będzie ze szkołą, biorąc pod uwagę obecną reformę szkolnictwa. Dyrektorowi Łopuskiemu trudno odpowiedzieć co dalej, jednak o swojej pracy mówi pozytywnie: - To był mój wybór. Szkoła zawsze się zmienia, widać to choćby w infrastrukturze. Budynek ma 50 lat, tu zawsze jest co robić. Zawsze znajdą się rzeczy które trzeba odnowić, naprawić. Jestem z tych 10 lat zadowolony, gdybym powiedział inaczej, skłamałbym.

Szacunek i zaangażowanie

Pisanie tego tekstu było dla mnie osobistą podróżą w czasie. Jako absolwentka i jednocześnie przedstawicielka jednego z najmłodszych pokoleń, związanych z szkołą, potwierdzam – czas spędzony w tych murach nie był stracony. Kiedy słyszę słowa Sergiusza Szczygoła „ludzie to nie cegły”, kiedy kilka dni potem Janusz Łopuski mówi o tym, że „nie zawsze trzeba być dyktatorem, żeby osiągnąć cel”, zaczynam rozumieć dlaczego wielu uczniów, mimo różnych historii, dobrze wspomina tę szkołę. To kwestia tradycji. Przez lata placówkę opuściło tysiące ludzi, wśród obecnej kadry pedagogicznej są również absolwenci Szkoły Podstawowej nr 2. To również kwestia standardów, którymi od lat kieruje się dyrekcja i grono pedagogiczne – szacunku dla drugiego człowieka, wsparcia w trudnych chwilach.

Sama mogłabym wiele powiedzieć o tym, co pamiętam z gimnazjum na ul. Świętojańskiej, problemów było wiele, bo to nie ideał szkoły. Nie ma takiej. Jednak zaangażowanie, jakie tamtejsi nauczyciele okazują do dziś w swojej pracy to coś, co zapada w pamięć. Rekompensują tym pozostałe niedociągnięcia. To coś, czego inne szkoły mogłyby zazdrościć. Ten, kogo chemii uczyła Beata Krzesińska, z pewnością do dziś potrafi wymienić, co zawiera tablica Mendelejewa. Trzeba było to umieć, bez wyjątków. Jest nadzieja, że choć część uczniów Elżbiety Sielickiej nie zagubi się patrząc na konturową mapę Europy. Trzeba było to umieć, bez wyjątków. I jest nadzieja, że ten, kto bywał na języku polskim u Grażyny Skrzeczyńskiej, zapamiętał hasło: LIRYKA, EPIKA, DRAMAT! Nawet ci oporni.

Jeśli reforma edukacyjna będzie obowiązywała w pełni, nie wiem czego bardziej szkoda. Czy historycznego miejsca czy ludzi, którzy tam pracują i nadal historię tworzą.

Eleni Kryńska, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot EK i archiwum Głosu Siemiatycz

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

patronat

patronat

reklama

Do góry strony