reklama

Notatnik historyczny
05 sierpnia 2017 17:54

Grupa Szpryngwalda 1948 - Wychowałeś bandytę

Niedawno publikowaliśmy obszerny materiał na temat działającej w Siemiatyczach w 1948 roku, w szkole ogólnokształcącej, tzw. grupie Szpryngwalda. 13 uczniów, nadając sobie nazwę Polscy Bojownicy Socjalizmu, postanowiło przeciwstawiać się czynnie narzuconej, komunistycznej władzy i „jedynie słusznej” ideologii.

Ta pierwsza tak wyczerpująca publikacja na ten temat spotkała się z dużym zainteresowaniem. Po publikacji odwiedziła nas Jadwiga Rochna ze Szczecina, siostra jednego z bohaterów artykułu, jednego z założycieli uczniowskiej antykomunistycznej organizacji, Michała Puzana. Podzieliła się swoimi wspomnieniami z tamtych czasów.

Wspomnienia Jadwigi Rochny z Siemiatycz, młodszej siostry Michała Puzana, członka tzw. Grupy Szpryngwalda. Jako 16–latka wyjechała do Szczecina.

Brat (Michał Puzan – przyp. red) z kolegami wychodzili przeważnie nocą. Mama Paulina miała zawsze lekki sen, wszystko słyszała, ja też źle sypiałam, bo potwornie kaszlałam, kiedy byłam przeziębiona. Tato, Wacław, nigdy niczego nie słyszał, był zmęczony, ciężko pracował.

Brat wychodził po cichutku, zdradzało go tylko skrzypnięcie drzwi. Zdarzyło się to raz, potem drugi, kolejny. Pewnego dnia mama budzi się i mówi do taty: „Wacek, matka nieboszczka przychodzi, bo drzwi rypią.” A tato na to: „Ty durna babo! Gdzie ci będzie nieboszczyk chodził, jak stałem przy nieboszczyku na wachcie.”

Podczas rewizji budzono nas w środku nocy, przychodziło dwóch, trzech panów, walili w okno, drzwi krzycząc: „Otwierać! Otwierać!”. Wszyscy zrywaliśmy się na nogi, panowie wchodzili do domu. Wyciągali listę i wyczytywali nas wszystkich, nawet nas - dzieci. A potem zaczynało się wywalanie wszystkiego z szaf: bielizny, odzieży. A my staliśmy.

Panowie pójdą, my przestraszeni, zziębnięci i nie śpimy do rana. Już nie ma spania, ani rodzice, ani my. Mój młodszy brat miał 6 lat, ja miałam 9 lat, a starszy brat miał 13 lat. Kiedy rano szliśmy do szkoły, ze strachu bolał mnie brzuch, potrafiłam wymiotować, dostałam wtedy nerwicy. Tak bywało kilka razy w miesiącu, w czasie trwania śledztwa, bo kiedy zapadł wyrok, był już spokój.

To był horror, którego nie zapomnę, bo w tej chwili nawet, mając 76 lat i będąc u siebie w domu, boję się głośnego stukania do drzwi, tego hałasu. To było tak przeraźliwe i ci panowie mieli takie wyrazy twarzy… Nie poznałabym ich teraz, może nie żyją?

Oprócz rewizji w domu były rewizje na podwórku. Przyjechał samochód i rył nam podwórko, bo szukali broni, której nie znaleźli.

W szkole byłam „upośledzoną” uczennicą. Wychowawczyni posadziła mnie do ostatniej ławki, dokuczano mi. Dlatego też bardzo wcześnie wyjechałam, żeby skończyć jakąś szkołę i żyć normalnie. Bardzo źle wspominam szkołę z tamtego okresu. Czuliśmy to piętno. Pani dyrektor Bierońska zwołała radę pedagogiczną - wiec, zaprosiła wszystkich mieszkańców Siemiatycz, nie wiem kogo konkretnie i powiedziała: „Czy potępiacie państwo tych bandytów?” – wszyscy klaskali – „Potępiamy! Potępiamy! Potępiamy!”. To wszystko utrwaliło się do tego stopnia, że nasza rodzina była uważana za… bandycką.

Kiedy była sprawa sądowa w sądzie wojskowym, podczas jej trwania rodzice cały czas stali na nogach, nie dano im nawet usiąść. Po powrocie do domu byli tak zmęczeni i tak przygnębieni… To był grudzień. Pamiętam pierwsze Boże Narodzenie, puste krzesło i płacz nasz i naszych rodziców.

Kiedy brat Michał wrócił, bardzo mało mówiło się o tym w domu, on bał się mówić i my baliśmy się. To był temat tabu. Michał nigdzie nie mógł znaleźć pracy, ja nie chciałam wracać do szkoły. Skończyłam tu szkołę podstawową, miałam same tróje, bo nie dawano mi lepszych stopni i mając 16 lat uciekłam stąd…

Nawet najbliższy sąsiad mojego taty, który był jego serdecznym kolegą, potrafił powiedzieć: „Słuchaj Wacek, wychowałeś bandytę.”

A przecież to nie była prawda, to byli porządni chłopcy, z dobrych rodzin, a zrobiono z nich bandytów. Ludzie uwierzyli, choć nie wszyscy. Byli i tacy, którzy pomogli. Kiedy brat trafił do więzienia, a mama robiła mu paczkę, tzw. wypiskę. Brat prosił o proste rzeczy, takie jak smalec, cebula… to były biedne powojenne czasy. Mama chodziła nieraz po ulicy prosząc, żeby ktoś jej pomógł. Rzadko kto to robił, oprócz niektórych. Najwięcej pomagali państwo Ryżki. Byli bardzo uczciwymi ludźmi, zawsze pomagali mamie kiedy czegoś potrzebowała.

Był taki moment, że rodzice innych skazanych, Szpryngwalda, Benesa, składali apelację. A moja mama na widzeniu u brata usłyszała od niego: „Mamo, nie składajcie, bo to nic nie da.” I mama nie złożyła apelacji, wtedy rodzice Szpryngwalda przyszli do mojej mamy i mówią: „Pani Puzanowo, czemu nie złożyła pani apelacji? Nasi wyjdą, a pani syn zostanie.”

Mama dostała wtedy takiego rozstroju nerwów, że w nocy pobiegła na cmentarz, a my nie wiedzieliśmy co się z nią dzieje. Ale brat miał rację, apelacja niczego nie zmieniła.

Michał wrócił z więzienia w lipcu, a we wrześniu został powołany do wojska, do pracy w kopalni. Nie przyjeżdżał ot tak na każdą przepustkę. Kiedy już pojawiał się w domu, na jego twarzy było widać ogromne zmęczenie i przygnębienie, a pod skórą miał takie czarne kropki, nie można ich było umyć. Mama przeżywała, że brat tak źle wygląda.

Pani Jadwiga wspomniała też o swoim stryju Władysławie Puzanie, który zginął w 1939 roku, zabity przez sowietów, o swoim ojcu Wacławie, który walczył w wojnie obronnej 1939 roku. Ale to już opowieści na inną okazję.

Z jej rodzeństwa obecnie Jan przebywa w siemiatyckim hospicjum, bracia Władysław i Tadeusz nie żyją, jest jeszcze chory Michał. Pozostała jedynym świadkiem.

Eleni Kryńska, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. EK

Do góry strony