reklama

Notatnik historyczny
06 listopada 2017 23:34

Rocznica likwidacji getta w Siemiatyczach

Prezentujemy przetłumaczony na język polski fragment części IV książki siemiatyczanina Sidneya J. Żółtaka, uratowanego z getta, który niedawno po latach odwiedził nasze miasto.

Do getta w Siemiatyczach

Niemcy otoczyli wszystkich miejscowych Żydów i popędzili ich do fabryki w pobliżu stacji kolejowej ok. 7 km od miasta. Księga pamięci „Kehilat Semyatits opisuje wydarzenia, które stanowiły wstęp do tworzenia miejskiego getta:

Tam kilku chrześcijańskich chłopców zadenuncjowało Josla Fisza i Meirke Syndera, oskarżając ich, że byli komunistami. W rezultacie oboje zostali bestialsko pobici przez nazistów, a następnie żywcem powieszeni na murach. Polacy wskazali też doktora Gelbauma, jednego z przywódców społeczności żydowskiej. Jego również wtedy zabrano w nieznane miejsce i nigdy już nie wrócił.

Żydzi pracowali w fabryce „Melba” przez kilka dni. Jej budynek był otoczony drutem kolczastym. Na trzeci dzień Polak Rude kazał wszystkim Żydom stanąć w szeregu. Wybrał około dwudziestu i gdzieś ich wysłał. Jak się później okazało, na zagładę.

Żydzi, którzy pozostali w „Melbie”, wrócili do Siemiatycz. Rozpoczął się dla nich okres tyranicznych restrykcji, prześladowań i niekończącego się cierpienia.

 

Kilka miesięcy po okupowaniu Siemiatycz przez Niemców nowy burmistrz – Polak - zarządził, aby rabin utworzył Radę Wspólnoty Żydowskiej (Judenrat). Jej członkowie zostali wybrani przez samą wspólnotę żydowską, a nie przez Niemców. „Może to było przyczyną, że Żydzi siemiatyccy nie skarżyli się na swoich przymusowych przedstawicieli, którym kazano zarządzać społecznością żydowską w okresie największego zagrożenia. Na pierwszym posiedzeniu… Niemcy przekazali im polecenie skierowane do wszystkich Żydów, aby oddali biżuterię, złoto i pieniądze. Zagrozili, iż w razie odmowy zostaną ukarani całkowitą likwidacją. Polecenie zostało wykonane, bardziej przemyślni i odważni zdołali jednak ukryć swoje drogocenne rzeczy. J. Rosenzweig, jako przewodniczący Judenratu, od razu na początku sformował dwunastoosobową jednostkę policji żydowskiej.

Niemcy zaczęli potrzebować robotników żydowskich, żądając na początek dwudziestu. ”Jeśli rodzina miała trzech synów, wyznaczano do pracy jednego z nich; jeśli w rodzinie było dwóch – również jednego. Jeśli jednak rodzina miała tylko jednego syna – z tej rodziny nie wyznaczano nikogo. Gdy Judenrat nie był w stanie dostarczyć żądanej liczby osób, Niemcy łapali resztę na ulicach. Najpierw nikt nic nie wiedział o losie, jaki miał czekać „zmobilizowanych do pracy”, jak ich nazywali Niemcy. Byli rzekomo zabierani do pracy w odległych miejscowościach. Ponieważ jednak nie wracali, znaczenie słowa „praca” zaczęło wyraźnie kojarzyć się z czymś innym niż rzeczywista praca i później już Judenrat zaczął odmawiać mobilizowania ludzi w tym celu”.

Prace wyznaczane dla Żydów obejmowały usuwanie gruzu z ratusza i innych zburzonych budynków. Mój ojciec natomiast dostał wyczerpujące zadanie. Wysłano go bowiem w pobliże starej granicy do pracy przy usuwaniu spalonych i rozłożonych już ciał żołnierzy sowieckich, którzy spłonęli w „toczkach”, czyli bunkrach. Ojciec nie był fizycznie wytrzymały, zawsze miał ze sobą maskę, aby móc radzić sobie z odorem. Codziennie rano szedł do pracy prawie 10 km i po długim dniu wracał do domu fizycznie i psychicznie wyczerpany. Przynosił ze sobą maskę. Nigdy w mojej obecności nie opowiadał o swojej pracy, ale można było zauważyć na jego twarzy udrękę. Matka witała go w milczeniu. Nie wiem, jak długo musiał tam chodzić. Potem został przeniesiony do grupy odgruzowującej zniszczone budynki w mieście.

Matka z kolei miała nadzorować pracujących w polu. To jej pozwalało przynosić nam trochę warzyw. W jej spisanych wspomnieniach podkreślała, że mieliśmy wystarczająco dużo pożywienia, chociaż reszta wspólnoty żydowskiej cierpiała jego brak. Żydzi nie mogli poruszać się po terenach wiejskich bez specjalnego zezwolenia. Nie tylko dorosłych Żydów obowiązywały zarządzenia i restrykcje narzucone przez lokalną administrację niemiecką, karane były również dzieci. Dorośli musieli przestrzegać godziny policyjnej, byli zmuszani do niewolniczej pracy, obowiązywały ich ograniczenia poruszania się (Żydzi nie mogli korzystać z chodników przy ulicach), musieli nosić żółte gwiazdy, obowiązywał ich zakaz zgromadzeń, czytania gazet czy czasopism. Dzieci nie mogły chodzić do żadnej szkoły ani korzystać z prywatnej nauki. Jako dzieci również musieliśmy przestrzegać surowej godziny policyjnej, tak więc nasze życie w istocie toczyło się w murach domów.

Nasz dom stał naprzeciwko posterunku policji niemieckiej w centrum miasta, niemieccy policjanci (Schutzpolizei) kręcili się więc ciągle wokół nas. Jeden wysokiej rangi policjant o nazwisku Rudolf, którego nazwiska nigdy nie zapomnę, nigdy nie wychodził bez swojego wielkiego owczarka niemieckiego, bo przepadał za bardzo specjalnym rodzajem rozrywki. Kiedykolwiek widział bawiące się dzieci żydowskie, spuszczał ze smyczy swego wielkiego psa i zachęcał go, aby rzucał się na nas. Po kilku takich epizodach przestaliśmy się bawić przed domem i przenieśliśmy się do zaułka z tyłu. Jeden z nas musiał zawsze stać na czatach. Do dziś boję się wielkich psów.

W końcu 1941r. i wiosną oraz wczesnym latem 1942r. do Judenratu zaczęły docierać coraz liczniejsze doniesienia od Żydów, którzy zdołali uciec przed różnymi operacjami mordowania społeczności żydowskich (Aktionen). Wynikało z nich, że Niemcy i ich skwapliwi pomocnicy zbudowali obozy koncentracyjne – pracy niewolniczej i obozy śmierci. Miały służyć wprowadzeniu w życie planu generalnego unicestwienia wszystkich Żydów nadal żyjących na terytoriach okupowanych przez nazistów. Większość tych doniesień była odrzucana jako wyolbrzymione. Historie te bowiem były zbyt okropne, aby można było w nie uwierzyć. W rzeczywistości obawiano się, że – w razie ich rozpowszechnienia - wywołałyby ogromną panikę we wspólnocie żydowskiej. Wiele rodzin jednak poważnie je potraktowało i zaczęło szukać jakiegoś wyjścia.

(….) Następnie Niemcy zarządzili, aby wszyscy Żydzi mieszkający w chrześcijańskich częściach miasta przenieśli się do dzielnicy żydowskiej. Wprowadzono godzinę policyjną. Żydzi mogli poruszać się po ulicach tylko przez dwie godziny dziennie, między godziną 1 a 3 popołudniu. Dostrzeżenie kogoś na ulicy w innym czasie oznaczało śmierć. Judenrat miał obowiązek te zarządzenia egzekwować. Burmistrz brał bardzo aktywny udział w prześladowaniu i pastwieniu się nad Żydami. Pewnego razu polecił całemu Judenratowi, z wyjątkiem jego przewodniczącego, czyścić publiczny kanał ściekowy, podczas gdy wielu Polaków stało wokół, patrzyło się i zanosiło od śmiechu”…

 

W swoich wspomnieniach moja ciotka Ruchla na wstępie napisała: „To był dzień 1 lipca, kiedy przewodniczący Judenratu Rosenzweig ogłosił, iż wszyscy Żydzi z Siemiatycz muszą do 1 sierpnia przenieść się do getta. Miało ono być zlokalizowane w części miasta, gdzie znajdowała się większość fabryk. Ludzie mieszkający wokół nich mieli dać nam miejsce do mieszkania. Ludzie, do których domów mieliśmy się przenieść, byli polskimi robotnikami. Ich jednorodzinne domki były małe, najwyżej trzyizbowe, z niewielkimi ogródkami. Każdy z nich mieli dzielić z kilkoma rodzinami żydowskimi”.

Równocześnie pojawiła się wiadomość, że część Żydów z getta w Warszawie została wysłana na śmierć do Treblinki. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszeliśmy tę nazwę. Później dowiedzieliśmy się, że Treblinka była obozem śmierci znajdującym się w odległości mniej niż 70 km od Siemiatycz. W innych społecznościach żydowskich wieści o zabijaniu Żydów szybko się rozprzestrzeniały. Niektórzy Żydzi w naszym miasteczku zaczęli więc snuć plany na wypadek najgorszego. Przed przeniesieniem się do getta moi rodzice oddali wiele osobistych rzeczy na przechowanie chrześcijańskim gospodarzom. (…).

Getto zostało podzielone na trzy sektory znajdujące się w części miasta zwanej „Zamoście”. Przechodziły przez nie dwie główne drogi. Każdy sektor był otoczony ogrodzeniem z drutu kolczastego. Przewodniczący Judenratu Rosenzeweig miał pierwszeństwo wyboru domu. Zwrócił się do rodziny Ruchli i naszej, abyśmy wspólnie zamieszkali w jednym domu z jego rodziną. Razem z nami mieli też zamieszkać rodzice mojej mamy. 1 sierpnia 1942r. z paroma rzeczami osobistymi wprowadziliśmy się do domu, który nie był niczym więcej niż zwykłą chatą. (…) Było nas dwanaście osób, które musiały się pomieścić w dwóch małych izbach i kuchni. Mieliśmy ogród, gdzie rosły kartofle. Były tam również szopy. Ogród kończył się ogrodzeniem z drutu kolczastego, a zaraz za nim rozciągały się pagórki (…)

Niemcy nie zapuszczali się do getta zbyt często. Wszystkie zarządzenia przekazywali Judenratowi i milicja żydowska musiała je wykonywać. Codziennie rano robotnicy zbierali się i szli w kolumnie do centrum miasta, gdzie byli wysyłani w różne miejsca do pracy”.

Na początku mój ojciec również chodził do pracy poza getto, ale później kazano mu dbać o ogrodzenie z drutu kolczastego. Było to uprzywilejowane zajęcie, bo nie musiał opuszczać getta. Wkrótce stałem się jego pomocnikiem (…).

Księga pamięciKehilat Semyatits” opisuje początek życia w getcie:

(…)Część osób nie mogła znaleźć miejsca w domach, była więc zmuszona chronić się w stodołach obok cmentarza albo kopać ziemianki. Każdy mieszkaniec getta dostał specjalny identyfikator. Żydzi byli codziennie zabierani do drobnych robót, za które płacono im marne grosze. Getto jednak nie głodowało. Po pierwsze, większość zabrała ze sobą zaopatrzenie, po drugie – żywność była dostarczana z zewnątrz. Tym, którzy nie mieli co jeść, wspólna kuchnia wydawała trzy posiłki dziennie.(…) W święto Rosh Hashanah (żydowski Nowy Rok – przyp. MAN) Żydzi mogli pozostać na terenie getta, ale musieli się opłacić. Do pracy poza getto poszła tylko mała grupa. Ponieważ wszystkie synagogi znajdowały się na zewnątrz getta, modlili się prywatnie w domach, w grupkach po około dziesięć osób. Ich modły i lamentacje sięgały nieba. Ale szatani nie pozwolili nawet na płacz. Zebrali na środku getta wszystkich mężczyzn, bezlitośnie ich pobili, ucinając im brody. Naziści zmusili fryzjera Szine, aby obciął brodę rabinowi”

 

Prawdopodobnie szok całkowicie wyparł z mojej pamięci zdarzenia z drugiego dnia święta Rosh Hashanah. Dowiedziałem się o nich dopiero po przeczytaniu wspomnień ciotki:

To było w drugim dniu naszego pobytu w getcie i w drugim dniu święta Rosh Hashanah. Żydzi już prawie zakończyli swoje modlitwy w domach, w których zaimprowizowano synagogi. Wtedy dziesięciu albo więcej Niemców z psami wtargnęło do getta. Wezwali Rosenzweiga i udali się z nim prosto do synagogi. Kazali wszystkim Żydom zgrupować się w miejscu, gdzie stała fabryka Maliniaka. Niemcy z psami łapali wszystkich Żydów, jakich mogli i wpychali do tego zgrupowania. Zdołałam przepchnąć moją małą Chanahe i mojego bratanka Shiele przez drut kolczasty obok wzgórka. Mój mąż Avrum był elektrykiem, w owym czasie pracował w szkole dla Niemców. Mieściła się niedaleko, ale po drugiej stronie getta. Powiedziałam dzieciom, aby szybko pobiegły i odnalazły Avruma. Mogły zostać zabite w strzelaninie wokół getta, ale zdołały go odnaleźć.

Kiedy Niemcy zebrali tylu Żydów, ile mogli, zaczęli organizować nas w grupy. Członkowie Judenratu mówili, że wysyłają nas do pracy, być może daleko na terytorium rosyjskie. Nie było z nami ojca ani matki. Nie wiedziałam, czy zostali zastrzeleni, czy uciekli. Nie wiedziałam też, co może się stać z nami. Może rzeczywiście mieliśmy być tylko wysłani do pracy. Byłam jednak pewna jednego, że już nigdy nie zobaczę mojego dziecka. Wielki ból sparaliżował mnie. Ludzie zaczęli cicho płakać i przesuwać się myśląc, że jedna grupa znajdzie lepsze miejsce niż inna. Nie widziałam jednak tego, co się działo. Przed oczami miałam tylko moją małą Chanale w jej czerwonym, zrobionym na drutach ubranku, biegnącą tam, gdzie pracował jej ojciec. Trzymali nas na tym placu kilka godzin, licząc i selekcjonując, a następnie zaczęli krzyczeć: „Do domu!”. Moi rodzice spotkali nas w drzwiach. Nie wiedzieli, co się z nami działo” (…)

 

Nie otrząsnęliśmy się jeszcze z szoku, gdy do getta przybyła 15 – 16 letnia dziewczyna z Warszawy i powiedziała, że wraz z rodziną była wieziona w bydlęcym pociągu do Treblinki. Kiedy mijali domy w pobliżu obozu, jakaś kobieta krzyknęła „Wiozą was do Treblinki na śmierć! Budowane są specjalne piece, aby was palić! Skaczcie, uciekajcie, ukrywajcie się, gdzie możecie!”. Kiedy jej matka usłyszała słowa tej życzliwej kobiety, zaczęła namawiać córkę do ucieczki. Dziewczyna była szczupła i mogła prześliznąć się przez niewielki otwór w suficie wagonu, jedyne jego „okno”. Powiedziała nam, że jej matka błagała: „ Uciekaj, moje dziecko. Nie widać, że jesteś Żydówką. Żyj wśród chrześcijan!”. Dziewczyna wyskoczyła z pociągu i szła całą noc aż wreszcie doszła do jakiegoś domu. Powiedziała tam, że jest chrześcijanką. Z ich twarzy wywnioskowała jednak, że nie wierzyli w jej kłamstwo. Z obawy, że mogli ją wydać, poszła dalej.

 

W ciągu dnia ukrywała się, a szła jedynie nocą, aż przyszła do naszego miasteczka (…). Informacje tego rodzaju zawsze rozchodzą się bardzo szybko. I znów, ludzie zaczęli szukać wytłumaczenia – tutaj to się nie zdarzy. Biorą tylko Żydów z Warszawy. W Warszawie jest za dużo ludzi, nie ma żywności, rozprzestrzeniają się choroby, tak więc to jest ich rozwiązanie (…)”

W niedzielę 1 listopada 1942r. na zewnątrz getta, w mieście i w okolicznych wsiach, panował niezwykły ruch. Niemiecki policjant Schutzpolizei odezwał się do syna przewodniczącego Judenratu Chazkela Rosenzweiga, który pracował na posterunku policji. „Jutro zaczynamy was przenosić” - powiedział. Niemiecki urzędnik powiedział Rosenzweigowi, że Żydzi z Bielska Podlaskiego, miasta 50 km na wschód, mają być przetransportowani rano 2 listopada. Były również doniesienia, że Niemcy żądali od rolników przygotowania koni i wozów do pracy. Widziano też jakichś żołnierzy niemieckich i innych młodych mężczyzn, którzy przyjechali do miasteczka na motocyklach. Dokładnie tak kuzyn mojej mamy Hertzke opisał to, co się stało w Sterdyni.

Atmosfera w getcie stała się napięta. Doniesienia rozniosły się szybko i ludzie zaczęli w małych grupkach dyskutować o sytuacji, szukając choćby światełka nadziei. Dzieci były z naturalnych powodów wyłączone z tych dyskusji. Doskonale jednak pamiętam, że w tę niedzielę spotkałem wielu moich przyjaciół i niektórych dawnych kolegów szkolnych na zewnątrz naszych chałup, naszych „domów”, wewnątrz ogrodzonego drutem kolczastym getta. Obawialiśmy się czegoś, co nie w pełni rozumieliśmy. Niepokoiliśmy się, bo widzieliśmy drastyczną zmianę w zachowaniu rodziców. Widzieliśmy ich twarze posępne i pełne niepokoju, słyszeliśmy ich ściszone szepty. Oni już zdawali sobie sprawę, że koniec jest blisko. My - dzieci jedenasto- i dwunastoletnie mogliśmy to wyczuć. W przeciągu jednego tygodnia wszyscy moi przyjaciele zostali wysłani do Treblinki. Nigdy już ich nie zobaczyłem. Ta scena, kiedy byliśmy wszyscy razem, pozostała zapisana w mojej pamięci. (…)

Tłumaczenie i opracowanie Marek Antoni Nowicki

Fot. 1. oryginalne ogłoszenie niemieckiego komisarza Siemiatycz z marca 1942 r /ze zbiorów własnych/,
2. Niemcy sprzedają mieszkańcom Siemiatycz pierzyny pozostałe po mieszkańcach getta. Plac przy szkole przy ul. Drohiczyńskiej /1943/, fot Antoni Nowicki.

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

reklama

patronat

Do góry strony