reklama

Aktualności - Sarnaki
13 października 2017 20:38

Przeżyła cały wiek

W sobotę 23 września minęło 100 lat od narodzin pani Tekli Stanisławy Wasiluk z d. Sakowskiej z Chybowa. Uroczystości jubileuszowe w tym dniu rozpoczęły się w kościele parafialnym w Sarnakach wspólną modlitwą licznej rodziny i przyjaciół Jubilatki. 20 września Jubilatkę odwiedzili w domu przedstawiciele władz samorządowych.

Rodzice Jubilatki, Józefa ze Szmurłów i Piotr Sakowscy, mieszkali w Chybowie i byli niezamożnymi rolnikami o szlacheckim rodowodzie. Mieli siedmioro dzieci, wychowali sześcioro. Tekla Stanisława urodziła się pod koniec I wojny światowej, 23 września 1917 r., jako czwarte z kolei dziecko. W tym czasie jej starszy brat już nie żył, zmarł na dyfteryt w wieku 2 lat. W 1924 r. pani Tekla rozpoczęła naukę w szkole w Sarnakach. Pamięta, że była bardzo dumna z faktu, iż została uczennicą. Będąc potem młodą dziewczyną, uczyła się krawiectwa u swojej ciotki w Popławach. Był to bardzo praktyczny zawód, dawał możliwość uzyskiwania dodatkowych środków do niepewnych dochodów z gospodarstwa rolnego.

Było kilku starających się o jej względy, ale długo nie mogła się zdecydować na zamążpójście. „Nie chciałam iść za gospodarza, chciałam za wojskowego” – wspomina. Najstarszy brat Jan prowadził szkolenie w miejscowym kole strzeleckim, a jej, jak to młodej dziewczynie, podobali się wojskowi. Los jednak zdecydował inaczej.

Lata wojny

Miała 22 lata, gdy wybuchła II wojna światowa. U Sakowskich zamieszkało czterech młodych niemieckich żołnierzy, nauczyła się od nich mówić po niemiecku. Nie sprawiali problemów, jeden z nich nawet pomagał dziadkowi Sakowskiemu młócić cepem zboże w stodole. Później, gdy Niemcy wyruszyli na front wschodni, zakwaterowano tu 5-osobową rodzinę Pomorzaków. Sakowscy byli zobowiązani do zapewniania im środków utrzymania. Życie podczas wojny nie było łatwe. Mocno dawały się we znaki obowiązkowe dostawy żywności na rzecz okupanta w postaci wyznaczonych kontyngentów. Któregoś wojennego dnia poszła do Sarnak, aby załatwić odroczenie kontyngentu. W tym samym celu zjawił się tam młody kawaler z Lipna, Józef Edward Wasiluk, syn kowala. Gdy pomyślnie załatwili sprawę, odprowadził ją do Chybowa. Tak zaczęła się znajomość, która przetrwała lata i zaowocowała piątką dzieci. W 1943 r. oboje dostali karty na roboty przymusowe do Niemiec. Panna Sakowska, mimo niechęci do wyjazdu, udała się do miejscowego Arbeitsamtu, aby się zarejestrować. Spotkała tam Józefa. Wówczas zobaczył ich proboszcz ks. Bolesław Kulawik. Żal mu się zrobiło młodych ludzi. Znał ich, czasami widywał razem. I znalazł sposób: „Dajcie na zapowiedzi – powiedział – to się uratujecie przed wywózką.” Posłuchali tej rady i na roboty nie wyjechali.

Zapowiedzi wyszły w styczniu 1944 r., a w kwietniu, na Wielkanoc, odbył się ślub. Udzielał go sam proboszcz. Panna młoda miała na sobie własnoręcznie uszyty kostium i kapelusz z woalką. Po ślubie zamieszkali w Lipnie, w „ciasnej kuczy” według określenia Pani Stanisławy (pod takim imieniem jest znana). Była to malutka kuchnia z dużym piecem chlebowym i trochę większy pokój. Ta skromna chata zbudowana została z resztek drewna pozostałego po drugim pożarze. W obejściu była jeszcze gliniana obora, płot utkany z leszczynowych patyków. Otóż Wasilukowie, zanim jeszcze Józef się ożenił, dwa razy stracili dosłownie wszystko w pożarze. Od pioruna. Młodzi jednak nie narzekali. Jak na gospodarzy przystało, hodowali dwa konie, krowę, kilka sztuk owiec, świnie, kury, gęsi, indyki. Ale życie nie rozpieszczało. Pracowicie więc obrabiali swoje kilka hektarów ziemi i próbowali jak najlepiej związać koniec z końcem, choć czasem było bardzo trudno. W wolnych chwilach, najczęściej w niedzielę, lubili spacerować po polach i łąkach, po sadzie. Zdarzało się, że nadmiar jabłek sprzedawali na targu w Siemiatyczach. Niewielki to był zarobek, ale jednak. W tym czasie urodziły się ich dzieci: najpierw syn, potem dwie córki i na koniec bliźniacy – chłopcy. Tak minęło 10 lat.

 

Organistówka w Sarnakach

Gdy najmłodsze dzieci miały około roku, kolejny raz pomógł ks. Kulawik. Zaproponował Józefowi pracę kościelnego, więc w 1954 r. Wasilukowie przenieśli się do Sarnak. Zamieszkali w domu parafialnym, w części tzw. organistówki, gdzie mieli lepsze warunki mieszkaniowe niż w Lipnie. Odtąd przez 30 lat dzielili swój czas pomiędzy rodzinę, służbę przy kościele parafialnym i pracę w polu. Po latach zmienił się proboszcz, a Wasilukowie trwali na swoim stanowisku, sumiennie wypełniając wszystkie obowiązki. Dzieci z czasem dorosły, usamodzielniły się, pozakładały swoje rodziny. I tak upłynęło niemal 30 lat.

W 1983 r. Józef Wasiluk przeszedł na zasłużoną emeryturę i wraz z żoną przenieśli się do pobliskiego Chybowa, gdzie w międzyczasie wybudowali nowy dom na ojcowiźnie Tekli Stanisławy. Zamieszkali tam wespół z rodzinami najmłodszych synów. Z wiekiem ubywało im obowiązków, bo i sił ubywało. A w 1988 r., po 43 latach wspólnego życia w małżeństwie, zmarł Józef w wieku 77 lat.

Tekla Stanisława Wasiluk, godnie przeżywszy sto lat, naznaczonych ciężką pracą, wieloma problemami i wyrzeczeniami, cieszy się teraz z owoców swego życia. Jest to na pewno liczna rodzina – oprócz dzieci i ich współmałżonków tworzy ją 14 wnucząt i 15 prawnucząt, najstarsza prawnuczka ma 20 lat, a najmłodsza 8 miesięcy. Ze wszystkich może być dumna, mając świadomość, że nie zmarnowała swego życia, wprost przeciwnie – może być wzorem matki, kobiety, Polki.

Jubilatka nadal zachwyca wspaniałą pamięcią, jasnością umysłu, poczuciem humoru, żywotnością, pogodą ducha. Czasem jeszcze zaśpiewa piosenkę z młodości, czasem powie jakiś zapamiętany wiersz, a czasem opowie zabawną historię. Zawsze jest chętna do rozmowy i dzielenia się wspomnieniami. Pani Stanisławo, wszystkiego najlepszego!

Agata Wasilewska, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot AW

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

reklama

patronat

Do góry strony