reklama

Obecnie w Polsce coraz częściej słyszymy pytanie „po co nam UE”? Jak pokazuje jeden z ostatnich sondaży, przeprowadzonych przez IBRIS dla tygodnika „Polityka”, ponad połowa respondentów wolałaby opuścić Unię Europejską, niż przyjąć do kraju uchodźców z krajów muzułmańskich. Na szczęście wciąż nie brakuje ludzi otwartych, proeuropejskich i gotowych skorzystać z szans i możliwości jakie daje unia.

A co daje? Między innymi możliwość zagranicznego wyjazdu studyjnego w ramach projektu „Polityki publiczne europejskiej jakości”, współfinansowanego ze środku UE z Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój. Projekt skierowany jest do przedstawicieli jednostek samorządu terytorialnego oraz organizacji pozarządowych, a jego uczestnicy mają możliwość poznać nowe metody i techniki pracy oraz wymienić się doświadczeniami.

Sześciodniowy pobyt za granicą to szansa na podniesienie kompetencji poprzez udział w Indywidualnej Mobilności Ponadnarodowej. Z takiej szansy skorzystała moja rozmówczyni, Jolanta Sobesiuk. Jako pracownik organizacji pozarządowej, jaką jest Dekanalny Instytut Kultury Prawosławnej, odbyła tygodniową wizytę studyjną we włoskim Turynie.

 

- O takiej możliwości dowiedziałam się od Katarzyny Kameckiej-Lach, która jest przedstawicielem wszystkich NGO w woj. podlaskim. Ona poinformowała mnie o programie Indywidualnej Mobilności Ponadnarodowej w ramach projektu „Polityki publiczne europejskiej jakości”. Zgłosiłam się do programu, który przeznaczony był dla specjalistów pracujących w organizacjach pozarządowych. Dawał on możliwość wyjazdu za granicę. Wcześniej należało wybrać organizację pozarządową z takim profilem działalności, który jest podobny do tego co robimy w Polsce, żeby móc podpatrzeć jakieś dobre praktyki, które będzie można przenieść na nasz grunt. Wybrałam Associazione YEPP Italia. Po pierwsze dlatego, że znam język włoski, a po drugie dlatego, że organizacja ta zajmuje się młodzieżą, a to z racji i wykonywanego zawodu nauczyciela i faktu, że w DIKP zajmuję się młodzieżą i organizuję im jakieś aktywności, jest mi bliskie – mówi Jolanta Sobesiuk.

- Jakie korzyści wyniosłaś z tego pobytu?

- Mogłam wyjechać do kraju, którego językiem władam – to zawsze jest zysk. W indywidualnym programie tej wizyty chciałam się skupić na organizacjach religijnych, które zajmują się młodzieżą. Dlatego zorganizowano mi spotkanie z pastorem Kościoła Waldensów. To było ciekawe spotkanie i chyba najbliższe temu, co robimy w Polsce. W swoim programie indywidualnej mobilności pisałam, że jestem zainteresowana tworzeniem mostów między kulturami, religiami i tam to zobaczyłam. Pastor opowiadał, że oni mało tego, że działają, tak jak i nasza organizacja, na rzecz młodzieży czy osób potrzebujących, ale też potrafili dogadać się z Kościołem Katolickim i wspólnie stworzyć projekt, który będzie zajmował się imigrantami, czyli tematem bardzo ważnym, wszędzie aktualnie podnoszonym i wciąż kontrowersyjnym.

- Na czym dokładnie będzie polegało to zajmowanie się imigrantami?

- Oba kościoły przeznaczyły pieniądze, które dostają od wiernych w ramach odpisu podatkowego, na program pomocy dla imigrantów. Mają zamiar latać po nich samolotem, do krajów potrzebujących (np Syria, Liban i inne) i stamtąd przywieźć w ciągu roku 1000 osób i zająć się nimi, np. wysłać do szkoły, zapewnić pracę, mieszkanie, tak żeby mogli stanowić część społeczeństwa włoskiego. Okazuje się więc, że można się porozumieć i stworzyć coś dobrego.

- To plany. A co w sferze konkretnej pomocy?

- To są plany, ale wszystko jest gotowe, opracowane i lada moment program ruszy. Miałam też okazję uczestniczyć w seminarium, które zorganizowała fundacja Compagnia di San Paolo, zajmująca się imigrantami już od lat. Stworzyli program NOMIS i zajęli się młodocianymi imigrantami – po włosku nazywa się ich „niezaopiekowanymi”. To młodzi ludzie, którzy przyjechali do obcego kraju sami, bez rodziców, bez rodzin, bez dokumentów i bez środków do życia. Fundacja ta odszukuje takich młodocianych, przygarnia ich, daje im miejsce do mieszkania, zapewnia edukację, opiekę całodobową. Mają kondominia, gdzie mieszkają, gdzie mogą uczyć się egzystowania w rodzinie, czego nigdy nie zaznali. Podczas tego seminarium jeden z tych młodocianych dzielił się swoim świadectwem, że dzięki tej fundacji nauczył się takich prozaicznych rzeczy jak gotowanie czy sprzątanie pokoju. Kiedy stają się pełnoletni, ta opieka jest trochę rozluźniona, tak by ci młodzi ludzie mogli podejmować samodzielne decyzje i wejść w społeczeństwo. To bardzo mi się podobało i uważam, że o tym trzeba mówić. Okazuje się, że można przygarnąć ludzi, zająć się nimi i wprowadzić ich do społeczeństwa, by mogli dla niego pracować i być potem, jak nazywani są we Włoszech, koobywatelami. Zresztą seminarium nosiło taki tytuł „Obcy - jak długo jeszcze”. I to jest istotne - jak długo można być obcym w kraju, w którym się mieszka, dla którego się pracuje itd.

- To dość ryzykowne mówić tak otwarcie o tym, że jest się zwolennikiem przyjmowania imigrantów, zwłaszcza w kontekście aktualnie toczącej się w Polsce i w Europie dyskusji na ten temat.

- To jest tak, jak mówił ten pastor – zadaniem naszym, jako chrześcijan, jest pomoc drugiemu człowiekowi. Skoro więc wiemy, że jest tylu potrzebujących, a my mamy możliwości, możemy się dogadać i razem coś zrobić – to jest to właściwa droga. Daleka jestem od powiedzenia, że chciałabym, żeby u nas byli imigranci, ale na pewno nie będę mówiła „nie”, jeżeli oni mieliby tu być. Uważam to za swój chrześcijański obowiązek. Nie po to jestem osobą religijną i pracuję w takiej organizacji pozarządowej, żebym miała głośno mówić „nie” dla imigrantów. Mówię „tak” dla pomocy drugiemu człowiekowi, jakiej on by nie był narodowości.

- Pojechałaś tam, żeby głównie podpatrzyć jak pracuje się z młodzieżą.

- I wróciłam z różnymi pomysłami. Byłam w Turynie w centrach, które zajmują się młodzieżą i nieformalną edukacją. To co warto byłoby przenieść do nas, na jakiś projekt, to edukacja przez sztukę z wykorzystaniem materiałów recyklingowych, czyli ochrona środowiska i sztuka. Wygląda to tak, że dzieci już od 5 roku życia są zapoznawane ze sztuką współczesną – z takimi artystami jak Miro czy Kandinsky. Najpierw idą do muzeum sztuki współczesnej, potem każdy z nich ma jakiś pomysł, wykonuje jakiś kawałek pracy sam, a potem się łączy to, co każdy z nich zrobił i powstaje jedno dzieło. Te twory były naprawdę bardzo ciekawe z wykorzystaniem: plastiku, nici, skrawków materiału czy metalowych sprężyn. Widać było, że jak pracują z tymi dziećmi pasjonaci, to od najmłodszych lat można uwrażliwiać młodych na sztukę. To jest działanie warte przeniesienia do nas – uczymy ochrony środowiska, zachowań ekologicznych, a jednocześnie uwrażliwiamy, uczymy obcowania ze sztuką. Oczywiście u nas to nie będzie takie proste, bo oni na miejscu idą do muzeum, podziwiają oryginały. My musimy jechać wiele kilometrów, by dzieciom pokazać sztukę nowoczesną. Ale też dzisiaj można to zrobić inaczej – przy pomocy wycieczek wirtualnych.

- Uczestnictwo dzieci w takich zajęciach jest dobrowolne czy obowiązkowe?

- Częściowo jest to zorganizowane w ramach obowiązku szkolnego. Tak jak u nas zielona szkoła – to tu jest właśnie szkoła artystyczna. Zamiast siedzieć w szkole na lekcjach, przychodzą do takiego centrum przez 5 dni i uczestniczą w projekcie od początku do końca. To też jest ciekawe, jakby organizacja pozarządowa u nas mogła coś takiego zaoferować szkole, w której nie zawsze są pomysły, warunki, pieniądze. Myślę, że to jest też przyszłość.

- A może w czymś jesteśmy lepsi od Włochów?

- Mieliśmy spotkanie z politykiem, który zajmuje się tym trzecim sektorem i trochę opowiadał jak to we Włoszech działa. Dowiedzieliśmy się, że wygląda to bardzo podobnie jak u nas. Mieliśmy też spotkanie w urzędzie, opowiadano nam o budżecie partycypacyjnym i tu się okazało, że my już jesteśmy bardziej do przodu niż Włosi. Opowiadano nam też o tym, jak się wychowuje młodzież w kierunku świadomego obywatela. Tu też możemy skorzystać, bo u nas to przygotowanie młodzieży do społeczeństwa obywatelskiego nie najlepiej chyba działa, co widać chociażby po wynikach matury z wos-u.

- Uczestnicy takich studyjnych wizyt nie tylko zdobywają doświadczenie i uczą się, ale mają też czas wolny, zwiedzanie, integrację z grupą. Jeśli dodać to tego fakt, że za wszystko zapłacił organizator, to jednym słowem – warto.

- Oczywiście, że tak. Warto korzystać z takich możliwości, warto w siebie inwestować, podróżować, warto poznawać inne kultury, podpatrywać. To zawsze rozwija, poszerza horyzonty i uczy tolerancyjności.

Ewa Magdalena Iwaniak, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. arch

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

reklama

patronat

Do góry strony