reklama

Aktualności - Siemiatycze
09 września 2017 18:44

/Nie/zapomniane miejsca - Ostatni giees w powiecie

Choć niemal każda gmina wiejska i wiejsko-miejska miała swój GS, na terenie powiatu siemiatyckiego „ostał się” tylko jeden, siemiatycki. Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” obchodzi w tym roku 70-lecie istnienia.

Czym były GS-y? Najkrócej ujmując rolniczymi spółdzielniami zajmującymi się zaopatrzeniem i zbytem na wiejskich terenach. To GS skupował płody rolne, to w GS-ie można było kupić skarpety czy lodówkę, to GS odpowiadał za prowadzenie rzeźni, masarni, piekarni czy rozlewni wód, a nawet barów i restauracji. Słowem, posiadał monopol na rynku handlu i usług małych miasteczek i wsi.

GIEES dzisiaj

Mydło i powidło

Siemiatycki GS powstał w 1947 r. Od tamtego czasu spółdzielnia miała 18 prezesów, ale moi rozmówcy nie potrafili wymienić wszystkich obejmujących to stanowisko. Udało się jednak odszukać w pamięci kilka znaczących nazwisk w historii spółdzielni. W skład pierwszego zarządu wchodzili: Władysław Dawidziuk, Wacław Krasowski, Michał Wojtkowski, Jan Szum, Tatiana Drewulska. Po Władysławie Dawidziuku prezesami byli m.in. Franciszek Wierożymski, Marian Dawidowicz, Józef Pietruczuk, Jan Zduniewicz, Mieczysław Furchel. Aktualnym prezesem jest Bogdan Zaremba.

W swoich najlepszych czasach, siemiatycka spółdzielnia posiadała 50 sklepów, a do tego piekarnię oraz wytwórnię wód gazowanych na Stacji Siemiatycze, dwie bazy magazynowo-skupowe. Jedną w Siemiatyczach przy ul. Ciechanowieckiej i drugą na obrzeżach Dziadkowic. Po zlikwidowaniu gminy Boratyniec Ruski, spółdzielnia działała na terenie dwóch gmin – Siemiatycze i Dziadkowice. Była jedną z największych spółdzielni na terenie kraju, zarówno pod względem zajmowanego obszaru, jak i liczby obsługiwanych mieszkańców. Początkowo swoją siedzibę miała na placu Jana Pawła II, /wówczas plac Wyzwolenia/, w miejscu dzisiejszego sklepu Arhelan, w poprzednio znajdującym się w tym miejscu budynku. W nowym budynku w latach 80. umiejscowiono bar i restaurację Hetmańską.

Trzeźwym okiem młodzika

Jan Zduniewicz, jeden z byłych prezesów siemiatyckiego GS-u, swoją przygodę ze spółdzielniami (nie tylko siemiatycką) rozpoczął w 1967 r. Tam też od podstaw zdobywał doświadczenie zawodowe.

Jan Zduniewicz - były prezes GSSCh

- Przyjmowało się absolwenta, wysyłało się go na szkolenie, później przy doświadczonych długoletnich pracownikach uczył się pracy. Ja też tak się uczyłem. Zaczynałem od referenta do spraw produkcji roślinnej, odpowiadałem za sprawę kontraktacji zbóż w terenie na wsi. Kogo wysyłało się na kurs w Gminnej Spółdzielni? Kiedy ja zacząłem pracować, tego który był wolny, nie miał dzieci, zobowiązań, więc kiedy był jakiś kurs, no to kto pojedzie? Zduniewicz pojedzie. Pamiętam szkolenie z zakresu referentów ds. skupu drobiu, królików i jaj. Śmiałem się, że na nie jadę, ale poznałem tam anatomię królika, kurczaka. A poza tym dowiedziałem się jak klasyfikować te rzeczy, które się kupuje i to było najważniejsze, żeby nie oszukać dostawcy, a z drugiej strony nie oszukać spółdzielni – opowiada były prezes.

Jak mówi Jan Zduniewicz, spółdzielnia zatrudniała od 365 do 385 pracowników razem z tzw. młodocianymi, czyli absolwentami szkół zawodowych i średnich, bo absolwenci szkół wyższych raczej unikali pracy w spółdzielniach. Ale kiedy już jakiś młodociany trafiał do spółdzielni, musiał radzić sobie w nowej, nie zawsze łatwej sytuacji.

- Kiedyś był taki układ, że wszystko chcieli planować. Prawdą jest, że to się nigdy nie zgadzało, ale pracownicy jechali w teren, zawierali umowy kontraktacyjne. Często rolnicy poddawali się temu i zawyżali ilość areału, tonażu. Chodziło o wykonanie planu, bo to było najważniejsze, a z realizacją bywało bardzo różnie. Plan był zgodny na papierze, a potem robiło się jakieś protokoły zniszczeń, klęsk itd. No, ale na papierach musiało grać. Dla mnie śmiesznym było, kiedy zacząłem pracować, żeby podawać codziennie meldunki do jednostki powiatowej, która podawała później do jednostki wojewódzkiej ilości zakontraktowanych hektarów. Wtedy to wszystko było śmieszne, ale takie było. Nie liczyły się do końca efekty ekonomiczne, a bardziej propagandowe, że: „Tyle zakontraktowaliśmy, tyle będziemy mieli, bo jakieś 15 plenum tego chciało.” Mnie, jako młodego człowieka, bardzo to śmieszyło, ale niestety musiałem te meldunki podawać – wspomina Jan Zduniewicz.

Robili tak wszyscy, wszędzie. Karą za niewykonanie planu było oczywiście usunięcie ze stanowiska prezesa spółdzielni. W Siemiatyczach odbywało się to na ul. Świerczewskiego (dziś Pałacowej), gdzie mieściła się siedziba Komitetu PZPR. W miarę upływu czasu pruski dryl administracyjny stopniowo jednak zelżał, a w Siemiatyczach powstał twór o nazwie „Rady Dyrektorów”.

Sposoby na relaks

- Raz w miesiącu szefowie wszystkich jednostek, szefowie samorządów, sekretarze z komitetu, wszyscy spotykaliśmy się gdzieś na polanie. Było jadło, był dodatek, wiadomo… ale dyskusje w tym miejscu były inne niż na płaszczyźnie oficjalnej. Na polanie było luźniej – wspomina Jan Zduniewicz.

Ekipa GS SCh Siemiatycze na turnieju zakładów pracy 1983 fot AN

Działalność kulturalna stanowiła obok działalności handlowej i usługowej ważną sferę aktywności spółdzielni. W tzw. klubach rolnika skupiało się życie kulturalne i towarzyskie wsi i miasteczek. To klub Merkury w Siemiatyczach, należący do Powiatowego Związku Gminnych Spółdzielni „SCh”, odwiedzało się, aby obejrzeć telewizję. To tam odbywały się potańcówki, do których przygrywał zespół Kamertony w składzie: Henryk Kurowski, Jan Kościuk, Sławomir Sielicki, Romauld Jakubowski.

GIEES Merkury

- W klubie Merkury rozgrywaliśmy mecze ligi okręgowej w tenisa stołowego. Chodziło się do Merkurego i chodziło się do domu kultury do teatru amatorskiego, do pani Zofii Piętkowej. Natomiast na wsi kluby rolnika były jedynym miejscem, gdzie można było obejrzeć telewizję, pograć w szachy, warcaby, piłkarzami. Poza tym były doroczne spartakiady pracowników. Tak się złożyło, że odkąd zostałem prezesem spółdzielni w Siemiatyczach, nikt inny nie wygrał spartakiady wojewódzkiej tylko Siemiatycze. Może to przypadek, ale ja jako miłośnik sportu potrafiłem tych ludzi zmotywować, pomimo że oni nigdy nie biegali ani nie ciągnęli liny - wspomina były prezes spółdzielni.

Art. 52, tego się nie robiło

Kiedy pytam o największe przedsięwzięcia, Jan Zduniewicz wymienia: budowę dużego magazynu zbożowego w Siemiatyczach, budowę sklepu na osiedlu Wysokie, restaurację Na Skarpie i bar w Dziadkowicach, rozbudowę bazy magazynowej w Dziadkowicach, adaptację budynku na sklep spożywczy na Stacji Siemiatycze. Podkreśla też, że kładł nacisk na szkolenie pracowników i wprowadził premie dla najbardziej aktywnych.

Co nie wyszło? Gdzie popełniono błąd, jeśli tak dobrze prosperujące przedsiębiorstwo upadło? Zduniewicz obok czynników takich jak: brak konkretnych decyzji zarządu co do przyszłej działalności spółdzielni, brak innowacyjnego podejścia, które trzeba było wykazać w okresie transformacji wymienia i ten, zdawałoby się kluczowy, zbyt duża ilość pracowników:

- W bardzo dużym zakładzie ludzie się nie znają. Natomiast w takim zakładzie, gdzie pracuje ok. 400 ludzi, znają się wszyscy nawzajem i czasami było to trudne. Choć żartowałem, kiedyś do związkowców mówiąc: „Słuchajcie, mamy kilkunastu uprawnionych do emerytury, więc możemy bez grzechu ich zwolnić i jeśli zajdzie potrzeba, to wstanę rano nie o godz. 6.00, tylko o 5.00. Wsiądę w samochód, przejadę po placówkach, które zaczynają pracę o 7.00 i kolejnych kilkunastu złapię na nietrzeźwości. Będą zwolnieni w trybie natychmiastowym, art. 52. Bo tak to było w tamtych czasach, że jeszcze był wczorajszy, że rano zrobił klina itd. Można było tych 30 pracowników w pewnym okresie zwolnić, ale tego się nie robiło. Związki nie zgadzały się. Szybciej byłbym chyba na związkowej taczce, niż to zrealizował. Kiedy wiedziałem, że te zmiany będzie mi trudno wprowadzić, złożyłem rezygnację w marcu 1990 r. – mówi Zduniewicz.

Gastronomią GS stoi

Obecnie z ok. 50 sklepów, spółdzielnia prowadzi 5: w Słochach, w Czartajewie, w Kłopotach, w Ogrodnikach i na Stacji Siemiatycze. Ponadto posiada ponad 20 umów dzierżawczych i wciąż prowadzi Zajazd u Kmicica.

- W tym roku rozpoczęliśmy całodniowy dietetyczny catering na terenie miasta. Wracamy też do dancingów. W tej chwili zatrudniamy 24 osoby, a spółdzielnia liczy 42 członków. Nasza sytuacja od lat nie jest pewna. Trwamy, walczymy i myślę, że nieprędko damy się konkurencji. W końcu to jedyny GS w powiecie siemiatyckim – mówi obecny prezes spółdzielni, Bogdan Zaremba.

Eleni Kryńska, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot EK i arch

Zobacz inne z tego cyklu:

http://siemiatycze.com.pl/siemiatycze/6301-nie-zapomniane-miejsca-siemiatycki-pom-kuznia-kadr.html

http://siemiatycze.com.pl/siemiatycze/6043-hortex-jak-mrozonki-zmienily-siemiatycze.html

http://siemiatycze.com.pl/siemiatycze/5818-kmicic-siemiatycka-legenda-prl-u.html

http://siemiatycze.com.pl/siemiatycze/5304-40-lat-zalewu.html

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

reklama

patronat

Do góry strony