reklama

Aktualności - Siemiatycze
17 listopada 2017 12:07

Powiedz w Polsce, że nie jesteśmy terrorystami

Maciej Moczulski, 25-letni siemiatyczanin, absolwent prawa na UW, właśnie wrócił z wyprawy autostopem do Laosu. Do tej pory zwiedził… 47 państw. Podróżuje stopem, niskobudżetowo, raz bilet na prom dostał nawet w prezencie. Kolejny przykład na to, że wszystko jest możliwe.

Maciek pytany jak znalazł czas na podróżowanie, jednocześnie studiując trudny kierunek, odpowiada, że to była jego największa motywacja do nauki:

- Zakładałem, że jak najszybciej zdaję wszystkie egzaminy i zaliczenia. Wieszałem sobie na ścianie nazwę państwa, do którego chcę pojechać. Zakrywałem wszystkie okna, tak na miesiąc, i się uczyłem. Dosłownie, nie wiedziałem czy jest dzień, czy noc, nic mnie nie rozpraszało. Miałem tylko przerwy na jedzenie, które mi donoszono. Dużo też pomogło uczestnictwo w Erasmusie. Pół roku spędziłem na studiach w Austrii, pół w Portugalii, stamtąd też wyjeżdżając do sąsiednich państw.

Pierwszy wyjazd na stopa to ten z kolegami z liceum w Bieszczady, kolejny w maturalnej klasie - już za granicę:

- Na początku interesowałem się Zachodem, ale po pewnym czasie, po przejechaniu zachodniej części Europy, pomyślałem o Wschodzie. Wschód, Azja, byłe republiki ZSRR są przepiękne, poruszają serce. I są całkowitym przeciwieństwem stereotypów.

Maciek zwiedził 47 państw, w tym najbardziej egzotyczne to Iran, Oman, Emiraty Arabskie:

- Na przykład z Siemiatycz dojechałem do Dubaju. Stopem dojechałem do Bandar e-Abbas, trzeba było jeszcze przeprawić się przez Zatokę Perską. Skończyły mi się pieniądze i tak tłumaczyłem tamtejszym pogranicznikom, że chcę przeprawić się do Dubaju, w zamian za pracę na statku. Poszli na zaplecze, dyskutowali. Akurat były moje urodziny. Głęboko w sercu zacząłem się modlić. Wiedziałem, że nie mam wyjścia. Po jakimś czasie przynoszą mi bilet. Serio, dostałem ten bilet w prezencie. Takie sytuacje sprawiają, że wierzysz w dobroć ludzi.

Maciek podkreśla niesamowitą gościnność i chęć pomocy:

- Nie zdarzyło mi się, żebym za długo czekał na stopa. Zawsze ktoś się zatrzymał, zawsze podwiózł. Wszyscy z uznaniem, że chciałem pokonać taki szmat drogi, by przyjechać do ich kraju. Na przykład Irańczycy bardzo prosili, by powiedzieć w Polsce, że oni nie są terrorystami. Że tak jak i w Polsce są źli ludzie, tak i u nich tacy się zdarzają, ale nie świadczy to o całym narodzie. Gościli mnie w swoich domach, dawali nocleg, jedzenie. W Iranie, przez ogromna gościnność przytyłem ze 4 kilo. Postanowiłem sobie też, że w czasie moich podróży unikam tematu polityki czy religii. Niestety w Rosji ciężko było. To mi uświadomiło jak potrafimy się poróżnić przez takie kwestie, przez upolitycznianie wszystkiego.

Kiedy zdarzało się, że jednak tego zaproszenia na nocleg nie było, Maciek np. spał na dachach budynków.

- Na dachu wieżowca. W Tajlandii ludzie wieżą, iż na dachach budynków mieszkają duchy. Tak naprawdę jest tam dużo miejsca, z widokiem na cale miasto. Ważne, że nikogo tam nie było. I tam było najbezpieczniej, bo nikt z tubylców nie chciałby się narażać duchom. Ale spałem w różnych miejscach. Zawsze mam ze sobą namiot, śpiwór, karimatę. Kilka razy pracowałem w zamian za nocleg i jedzenie. W Kazachstanie pomagałem w budowie kościoła. Kilka razy pracowałem w hostelach czy restauracjach.

 

Czy w czasie swoich podróży czuł się bezpiecznie? Odpowiada że tak, chociaż miał chwile zwątpienia, np. w Kirgistanie.

- To była pechowa droga przez góry. Wszyscy mnie przestrzegali, żebym odpuścił tę drogę, że tam rzadko kto przejeżdża, że to droga z jakimś fatum. No i rzeczywiście. Jak już w końcu udało się i jakieś auto przejeżdżało i mnie zabrało, to po kilku minutach czujemy jakiś taki dziwny swąd. Wysiedliśmy z auta i ono się po prostu zapaliło. Po jakimś czasie następny samochód, ciężarowy, wiózł krowy. No i po kilku kilometrach urwała się oś... Znów czekanie. Albo na Syberii. Załamanie pogody, z lata zrobiła się zima dosłownie, brak samochodów i takie pytanie - co ja tu robię? Ale zaraz zatrzymał się jeden samochód, potem drugi. Poprawiła się pogoda i od razu też poprawił się humor.

Maciek opowiada też historię z Albanii:

- Albania to biedny kraj. Zatrzymało mi się takie super amerykańskie auto, w środku młody kierowca, machnął na mnie bym wsiadał, nie zdążyłem powiedzieć dokąd chcę jechać. Jedziemy tak 180 km/h, zatrzymuje nas policja. Kierowca podaje dokumenty, policjant, po spojrzeniu w nie, całuje kierowcę w pierścień i mówi - proszę jechać dalej. I odjeżdżamy, bez żadnego mandatu, nic. Rozmawiamy, ten kierowca dopytuje, jak to tak można jeździć bez pieniędzy, że w ogóle jak z Polski dojechałem. Bardzo zainteresowany moimi opowieściami. Dojechaliśmy do miasta, ja się żegnam, dziękuję za podwiezienie, a on do mnie: nie, ty dziś nocujesz u mnie. Apartamentowiec ogromny, z basenem i jacuzzi. Miałem prywatny apartament, z widokiem na morze.

Maciej podróżował nie tylko wypasionymi autami, ale też na osiołku.

- W Tadżykistanie kupiłem osła. Może bardziej wynająłem. Bardzo tanio, a Tadżykowie i tak go potem odkupili ode mnie. Przez tydzień jechał ze mną, niekoniecznie ja na nim, bo mi go szkoda trochę było.

Kilka dni temu Maciek wrócił z Laosu:

- Tam miałem niesamowitą przygodę. Idę przez wioskę i widzę dziwne, niespotykane u nas koty. Potem zatrzymałem się w jednym gospodarstwie, pytam o co chodzi z tymi dziwnymi zwierzętami. To oni mi pokazują taki duży kocioł, w środku zupa. Dostaję porcję, a w środku... kocie ogony pływają. A w Iranie np. jest taki przysmak, podawany szczególnie rano - mózg owcy. Ale i chrząszcze jadłem. W Azji furorę robią kurze łapki, na różny sposób przyrządzane.

Do Laosu Maciek pojechał przez Rosję aż po jezioro Bajkał, przez Kazchstan, Kirgistan, Tadżykistan:

- Porozumiewałem się po rosyjsku. W Rosji angielski praktycznie nie funkcjonuje, chociaż i w tym języku się porozumiem. W Austrii pracowałem w austriackiej kancelarii, pracowałem też jako kucharz, więc i po niemiecku się dogadałem.

Podróżowanie, nawet stopem czy tanimi liniami, jedzenie, kosztują. Nie zawsze znajdzie się gościnny tubylec, który nakarmi. Skąd brać pieniądze? Maciek zarabiał w czasie podróży.

- Jak wspomniałem - nawet byłem kucharzem. Pracowałem trochę w ramach stażu w kancelarii, z tego też były pieniądze, które odkładałem. Nie jestem wymagający. Jestem minimalistą. Jedyne na co wydawałem, to na flagi z państw, w których byłem. Staram się unikać dużych, stricte turystycznych, miast. W każdym z państw staram się być minimum miesiąc, poznać kulturę, ludzi, codzienne życie. Podróżuję dla wspomnień. To największa wartość.

Rodzina Maćka oczywiście martwiła się na początku jego wypraw:

- Za pierwszym razem było gadanie, że po co jadę, że to niebezpieczne, że może skoro już chcę, to niech to będzie normalna wycieczka. Potem z każdą kolejną wyprawą było lepiej, były pytania kiedy, dokąd. Dopóki nie mam żony, dzieci, to chcę jak najwięcej zobaczyć. Dla wspomnień, dla samego siebie. Np. jak byłem w Iranie, zatrzymali mi się na drodze tacy młodzi ludzie. Bogaci, bo jak się zgadaliśmy, że jestem z Polski, to jeden z nich wykrzyknął, że ma konia z Janowa Podlaskiego. I tak sobie jedziemy, w końcu oni pytają, czy bym chciał pojechać na pustynię. To takie nielegalne trochę było. Zakopaliśmy się w tym piachu, nie mogliśmy wyjechać. Sygnału telefonu brak. Po jakimś czasie znajomi tych chłopaków, zapewne wiedząc, że jazda po pustyni to ich stała rozrywka, przyjechali po nas, ale takiego ugwieżdżonego nieba, takiej poświaty od miasta, nigdy nie widziałem. Coś pięknego.

Maciek podróżuje sam:

- Owszem koledzy, jak słuchają opowieści, to mówią, że w następną podróż jadą ze mną. Kiedy mówię, że czas wyrobić wizy, to zwykle jest "daj mi tydzień do zastanowienia" i potem jadę sam. To moje podróżowanie to też taki trochę protest przeciwko komputerom, telewizji. Ludzie nie spotykają się, nie rozmawiają ze sobą. A podróże niesamowicie kształcą, owszem na geografii poznajemy kraje, możemy włączyć sobie program przyrodniczy, ale to nic w porównaniu z poznaniem tego w rzeczywistości. Też pięknym jest to, że czym biedniejsze państwo, tym ludzie są szczęśliwsi. Przez to, że podróżuję sam, poznaję mnóstwo sympatycznych ludzi.

Anna Kondraciuk, Kurier Podlaski - Głos Siemiatycz, fot. AK i Maciej Moczulski

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

patronat

patronat

reklama

ślubna
scena

reklama

patronat

reklama

Do góry strony